Recenzja: Iwo Zaniewski „Czego nie słyszał Arne Hilmen”
Autor: Iwo Zaniewski
Tytuł: Czego nie słyszał Arne Hilmen
Wydawca: W.A.B.
Rok wydania: 2012
ISBN: 978-83-7747-792-2
Liczba stron: 350
Każdy z nas ma takie nazwiska autorów książek kryminalnych, na których nowe tytuły czeka z niecierpliwością i kupuje je w ciemno. Gorzej ma się rzecz z debiutantami. Każdego roku pojawia się ich dość sporo i wnikliwy czytelnik może mieć problem z wyłowieniem tych najlepszych, najciekawszych, najbardziej bliskich oczekiwaniom odbiorczym. Wskazanie klucza do doboru lektur debiutanckich książek nie jest proste. Można zajrzeć na wybrane blogi recenzenckie, zwłaszcza te ulubione, ale… osobiście, jako autor własnego bloga, jeśli już poznaję wrażenia innych, to dopiero po własnej lekturze i zrecenzowaniu pozycji. Można próbować polegać na renomie wydawnictwa, zgodnie z tezą, że skoro inne, wcześniejsze tytuły danej oficyny objęły nasze zachwyty, to i nowa proponowana rzecz, do takich będzie się zaliczać. Niestety nie gwarantuje to zawsze właściwego wyboru. Jeszcze bardziej zawieźć się można na publikowanych na skrzydełkach okładek komentarzach i zachętach do lektury. Zdarzają się oczywiście teksty rzetelne, oparte o lekturę, ale niestety zbyt często są to typowo medialne „haczyki”, niemające nic wspólnego z rzeczywistą wartością czy zawartością książki.
Takim bezdyskusyjnie negatywnym wydawniczym przykładem jest debiut Iwo Zaniewskiego „Czego nie słyszał Arne Hilmen”. Powieść wydana została przez oficynę W.A.B., tak przecież bardzo zasłużonej dla ostatnich lat literatury kryminalnej, właśnie z taką medialną zachętą autorstwa Agnieszki Holland, sugerującej „nową konstrukcję thrillera”. Po lekturze książki od razu pojawiło się pytanie – na czym miałoby polegać nowatorstwo konstrukcyjne. Odpowiedź znana tylko chyba samej znakomitej reżyserce, albowiem trudno cokolwiek nowatorskiego znaleźć w tej powieści. Konstrukcja książki Zaniewskiego nie ma w sobie nic wyjątkowego, prowadzona jest linearnie, z pozornie tylko narastającą atmosferą zagadki i grozy. Nie ma tutaj klasycznej intrygi kryminalnej, nie ma zbrodni, jest wyłącznie dociekanie prowadzone przez tytułowego Arne Hilmena. Śledztwo, które prowadzi ma charakter nieoficjalny, prywatny, z kolejną stroną powieści niezrozumiały, na granicy jakiegoś obłędu, który niestety prowadzi czytelnika na coraz szersze manowce dosłownej nudy. Fabuła książki, pomimo widocznego w działaniach głównego bohatera dążenia do odkrycia tego „czegoś” nieodgadnionego, zagadkowego, a nawet złowrogiego, w żaden sposób nie przekonuje. A finałowe tłumaczenie wysnute z praw fizyki i techniki jest – jak dla mnie – niezrozumiałe i mało atrakcyjne.
Poza pustą skądinąd fabułą świat przedstawiony mógłby trącić atrakcyjnością w innych aspektach, co niestety nie udało się autorowi zrealizować. W zamyśle takim chwytem miał być wybór miejsca akcji powieści. Zaniewski wybrał Norwegię, co jest w pełni świadomym zabiegiem, nawiązującym głównie do potęgi norweskich kryminałów. Ale przecież nie o autorów i ich dzieła chodzi, ale o specyfikę kulturową, społeczną czy nawet geograficzną Skandynawii. „Czego nie słyszał Arne Hilmen” tak naprawdę dzieje się… gdziekolwiek. W żadnym, przywoływanym przez narrację obszarze topograficznym, nie ma Norwegii. To miejsca, ulice, bez charakteru, bez atmosfery, a nawet klimatu. I taka drobnostka, w powieściowym norweskim komisariacie głównym problemem nie są zbrodnie, przestępstwa, tylko…cieknący kaloryfer i wymieniana wykładzina. Pisarskie kuriozum.
Nie lepiej jest z postaciami literackimi. Także te są nijakie, niezauważalne, nie poruszają wyobraźni, są zarówno bez ciała, jak i bez ducha. A nawet więcej charakterologicznie postacie są płaskie, nie rozróżniają się między sobą. Tytułowy bohater otrzymał bogatszy obraz, ale nie na tyle, by wzbudzać jakieś mocniejsze i żywe emocje. Tego bohatera nie da się ani lubić, podziwiać, ani też nienawidzić. Arne Hilmen nie wzrusza, nie zachwyca, nie drażni, nie prowokuje. Jest, ale po lekturze znika z wyobraźni i pamięci.
Iwo Zaniewski, swoją osobą, zainteresowaniami malarskimi i fotograficznymi, umiejętnościami reżyserskimi, zdolnościami kreatywnymi, znajdującymi ujście w niecodziennych, świetnych reklamach, nie mógł dać rękojmi dobrej powieści. Ale dawał nadzieję, że debiut literacki będzie nie powszedni, inny, atrakcyjny dla czytelników. Stało się jednak inaczej. Kryminał, thriller nie jest gatunkiem dla każdego. W całej mojej przygodzie z powieścią „Czego nie słyszał Arne Hilmen” najbardziej pozytywnym aspektem był fakt, że książki tej nie wybrałem osobiście, ale stanowiła prezent urodzinowy.
Zamieszczone w Baza recenzji Syndykatu ZwB

