„Katastrofa w Andach: walka o przetrwanie i granice człowieczeństwa
O katastrofie lotniczej Fuerza Aérea Uruguaya 571, do której doszło 13 października 1972 roku, wiemy sporo. Nie tylko z dziennikarskich opisów i reporterskich dokonań. Losy pasażerów samolotu Fairchild FH-227, należącego do Urugwajskich Sił Powietrznych, spośród których trzon stanowiła drużyna rugbystów oraz członkowie ich rodzin, stały się także tematem książkowych i filmowych realizacji, na czele z ostatnią głośną ekranizacją pt. „Śnieżne bractwo”, dystrybuowaną przez znany serwis streamingowy.
Oczywiste jest – niestety – że w przestrzeni publicznej najmocniej rozgrzewa wszystkich nie wątek rozbicia się samolotu w Andach, nie ekstremalne warunki do przeżycia na wysokości ponad 3600 metrów nad poziomem morza, w niskiej temperaturze, lecz głównie zagadnienie braku żywności i związanej z tym dramatycznej decyzji o konieczności spożywania ciał zmarłych towarzyszy. A to tylko jeden z wielu innych przerażających i pozornie beznadziejnych wyborów jakimi kierowali się ocaleni w katastrofie.
Śnieg i ciała zmarłych – fizyczne symbole. Zgodnie z faktem, że aby przeżyć, ci którzy przeżyli, musieli jeść i pić. W tym wszystkim były ich emocje, myśli, uczucia. A może ich wcale nie było? Może to tylko makabra chęci przeżycia i koszmarna wola egzystencji mimo wszystko?
Max Czornyj, wybierając w swojej książce „Katastrofa w Andach” pierwszoosobową narrację, trudną i ważną próbę odpowiedzi na powyższe pytania podejmuje w sposób nader interesujący i mocno oddziałujący na czytelnika. Historię rozpoczyna niepozornie, zapisem rozmowy telefonicznej córki z matką i prośba tej pierwszej o przeczytanie przesłanego listu. Eva Morales wybrała pisemną formę kontaktu by powiedzieć więcej i dogłębniej swojej matce Valentinie Morales. To przecież ciągle jeszcze czas, w którym nie wymyślono telefonów komórkowych, a rozmowy przez analogowe sieci telefoniczne do najtańszych nie należały.
W taki zwykły, banalny wręcz sposób rozpoczyna się dramat matki i córki. Nie zdradzę dokąd którą doprowadzi, ale to charakterystyczne dla Czornyja w tej książce – uświadomienie czytelnikowi, że dramat takiej lub innej katastrofy lotniczej, samochodowej, kolejowej, jakby nie szukać przykładów z życia, może dotknąć każdego z nas. Może dotknąć i przenicować nasze emocje, uczucia, wnętrze na wszystkie sposoby. Choćbyśmy prowadzili jak najzwyklejsze i najbezpieczniejsze życie.
Ta pierwszoosobowa narracja, zbudowana zresztą przez pisarza z jak największą dbałością o realizm. Na tyle, na ile pozwalają dostępne źródła, do których autor „Escobara” sięgnął w jak najszerszy sposób. Co ważne, nie jest to opowieść jednostronna. Nie jest to też narracja jednowymiarowa. To głos wielu. Zarówno uczestników katastrofy, uwięzionych w totalnej bieli nieprzyjaznych gór i bezdennie fatalnej przestrzeni szczątków samolotu, ale też i członków ich rodzin.
Czornyj, wykorzystując dostępne źródła, zastosował oczywiście swój literacki klucz kompozycyjny. Opowieść wybranych uczestników dramatu poprowadził linearnie, zgodnie z kalendarzem wydarzeń, wybierając pierwszoplanowych uczestników dramatu, zmieniając jednak, co większy fragment książki, akcenty. Celem tego zabiegu jest widoczna staranność o jak najszersze spojrzenie, prezentujące różne sposoby reakcji na ten stan „uwięzienia” w dramatycznej sytuacji.
Tak poprowadzona relacja bardzo mocno wciąga. To nie tylko zaciekawienie przebiegiem tej historii i tym jak doszło do udanego finału. Wydaje się, że bardziej intrygujące i mocno emocjonalne są te fragmenty diarystycznych zapisów, które obnażają w najczystszej postaci cały wachlarz emocji i stanów psychicznych. Niewątpliwie ma rację sam autor recenzowanej książki, gdy niejako dedykuje ją, a właściwie składa hołd, człowieczeństwu. Bo to człowieczeństwo ostatecznie uratowało tych, których wypadkowa stanu zdrowia i okoliczności pozwoliła przeżyć. Czornyj umiejętnie w tym wszystkim przemyca, poza zgrabnie ułożonym fabularnym przebiegiem dramatu, obrazy wewnętrznych punktów spornych i sposobów radzenia (lub nieradzenia) sobie z nimi.
„Katastrofa w Andach” jest niewątpliwie tytułem wartym czytelniczego czasu. To interesujący, a miejscami nawet fascynujący obraz ludzkich rozterek, dramatów, walki o przetrwanie, o racjonalizację losu czy też sposobów radzenia sobie z beznadzieją położenia. Nie można zapominać też o rzadziej poruszanym temacie zaangażowania członków rodzin zaginionych w poszukiwaniach, niekiedy nawet wbrew instytucjonalnym blokadom i słabościom. Całość zaproponowanej opowieści układa się w fascynującą całość. Polecam!
Przeczytane dzięki Wydawnictwu Filia
