„Pionek” Małgorzaty i Michała Kuźmińskich. Kiedy śledztwo nie kończy się nigdy
Są zbrodnie, które zamyka się aktem oskarżenia. Są też takie, które zamykają się dopiero wtedy, gdy umilkną wszyscy, którzy coś wiedzieli. „Pionek” Małgorzaty i Michała Kuźmińskich należy do tej drugiej kategorii. Właśnie dlatego, dziesięć lat po premierze książki, jutro, 10 września, wraca do nas jako serial SkyShowtime, kontynuacja „Ślebody” z Marią Dębską i Maciejem Musiałem w rolach głównych. Przyznam, że czekam na tę ekranizację z ciekawością większą niż zwykle. Nie dlatego, że lubię się zaskakiwać. Dlatego, że wiem, jak trudno przenieść na ekran coś, co w prozie działa dzięki temu, co niedopowiedziane.
Kuźmińscy nie potrzebują scenografii. Gliwice, Bytom, Zabrze, hałdy, familoki, pokopalniane nieużytki i bloki z wielkiej płyty budują tu więcej napięcia niż niejeden thriller z dobrze naoliwioną fabułą. To proza, która pachnie węglem i wilgocią klatek schodowych. Gwara nie jest tu ozdobnikiem, tylko dowodem na to, że autorzy naprawdę tu byli, rozmawiali z ludźmi, słuchali. Rzadko spotykam w polskim kryminale tak fizyczne poczucie miejsca. Śląsk lat dziewięćdziesiątych, transformacja, która jednym zabrała pracę, a innym dała pretekst, by zniknąć bez śladu. To ważne, bo w tej powieści geografia jest częścią mechanizmu zbrodni. Łatwiej ukryć ciało tam, gdzie ziemia i tak jest już poryta. Łatwiej też ukryć prawdę tam, gdzie ludzie nauczyli się nie zadawać pytań władzy.
Punktem wyjścia jest morderstwo studentki w gliwickim parku. Zbrodnia łudząco przypomina serię sprzed lat, przypisaną odsiadującemu wyrok Normanowi Pionkowi, zwanemu Wampirem z Szombierek. Sam tytuł jest tu małym majstersztykiem, bo „pionek” to przecież figura, którą się poświęca i przesuwa cudzą ręką po cudzej szachownicy. Nietrudno domyślić się, skąd autorzy czerpali. Nad tą książką wisi echo sprawy Zdzisława Marchwickiego, „Wampira z Zagłębia”, straconego w 1977 roku za serię zabójstw kobiet, choć nazwisko nigdy nie pada wprost. To nie jest reportaż i nie udaje reportażu. Ale ktoś, kto zna tamtą sprawę, kto pamięta proces prowadzony niemal jak widowisko, tysiące przesłuchanych świadków, „pamiętnik” o wątpliwym autorstwie, odciski palców, które nie chciały się zgadzać, rozpozna w Pionku nie kopię, lecz pytanie zadane od nowa. Co, jeśli skazaliśmy nie mordercę, tylko kogoś, kto był akurat pod ręką?
Sebastian „Bastian” Strzygoń, dziennikarz z nadszarpniętą reputacją, i Anna „Anka” Serafin, antropolożka z gliwickiej politechniki, oficjalnie się nie znoszą. On uważa ją za pretensjonalną. Ona jego za niedojrzałego. Kuźmińscy prowadzą tę relację z wyczuciem. Żadnych deklaracji, za to mnóstwo scen, w których to, co niewypowiedziane, znaczy więcej niż dialog. Ich współpraca rodzi się nie z sympatii, lecz z uporu. To, moim zdaniem, brzmi znacznie bardziej wiarygodnie niż partnerstwa śledcze budowane na natychmiastowej chemii, które tak lubi kino gatunkowe.
Wokół tej dwójki autorzy rozpisują sieć relacji, które testują ich lojalność wobec siebie nawzajem i wobec prawdy. Anka wobec Gerarda, swojego studenta wciąganego w śledztwo wbrew jej woli, przyjmuje rolę opiekuńczą. Z czasem zaczyna ona kosztować ją więcej, niż zakładała, bo w tej książce troska o kogoś młodszego i mniej doświadczonego nigdy nie jest bezpieczna. Bastian wobec Karoliny, córki jednej z dawnych ofiar, balansuje między obowiązkiem dziennikarza a czymś bardziej osobistym. Chroni kogoś, kto nigdy nie prosił o to, by stać się częścią cudzego śledztwa, tylko odziedziczył je razem z żałobą. Najbardziej niepokojąca z tych relacji to jednak ta między Anką a samym Wampirem z Szombierek. To seria rozmów więziennych, w których skazany serwuje jej intelektualną pułapkę w postaci pytania, czy zabiłaby, mogąc cofnąć się w czasie i zapobiec większemu złu. To nie jest scena grozy w klasycznym sensie. To coś gorszego. Rozmowa, po której czytelnik zaczyna wątpić we własny osąd.
To miejsce, w którym odkładam czytelniczy kapelusz i wkładam ten, w którym spędziłem większość zawodowego życia. Prawdziwym bohaterem „Pionka” nie jest bowiem ani Bastian, ani Anka, ani nawet skazany. Jest nim samo tamto śledztwo, prowadzone dekady wcześniej, i pytanie, czy to, co wtedy nazwano sukcesem, było w istocie porażką ubraną w mundur.
Kuźmińscy pokazują, z chirurgiczną wręcz precyzją jak na powieść popularną, mechanizm, który każdy kryminalistyk rozpozna od razu. Presję na „zamknięcie sprawy”. Świadków, którzy z czasem zaczynają pamiętać dokładniej, nie mniej dokładnie. Dowody, które w odpowiednim momencie się „znajdują”. Milczenie, które z perspektywy lat trudno odróżnić od zmowy. W realnej sprawie Marchwickiego mieliśmy dokładnie to samo. Świadkom pokazywano zdjęcia przed konfrontacją, więzienny „pamiętnik” miał stylistykę budzącą wątpliwości nawet laika, a odciski palców nie pasowały do miejsc zbrodni. Prokurator, który prowadził tę sprawę, w pewnym momencie porzucił akt oskarżenia i został obrońcą oskarżonego. To nie są detale wymyślone dla dreszczyku. To typowe objawy śledztwa prowadzonego pod presją wyniku, a nie prawdy.
I tu wracam do pytania, które powieść zadaje wprost, a które ja zadaję sobie z zawodowego obowiązku. Gdzie kończy się dobra wiara, a zaczyna zaniechanie? W takich sprawach mylimy zwykle dwie zupełnie różne rzeczy. Pierwsza to błąd. Funkcjonariusz przekonany o swojej racji, działający w realiach, w których metodyka była inna, presja większa, a kontrola społeczna żadna. Druga to ochrona układu. Milczenie utrzymywane nie dlatego, że ktoś wierzy w słuszność wyroku, ale dlatego, że jego podważenie oznaczałoby przyznanie się do czegoś znacznie gorszego niż pomyłka. Powieść nie daje łatwej odpowiedzi, która z tych dwóch sytuacji miała miejsce w fikcyjnym Szombierkach, i to jest jej największa zaleta. W prawdziwym życiu też rzadko wiemy to na pewno. Z własnego doświadczenia wiem jedno. Instytucje bronią swoich rozstrzygnięć nie dlatego, że są nieomylne, tylko dlatego, że przyznanie się do błędu kosztuje więcej niż jego utrzymanie. To nie jest usprawiedliwienie. To diagnoza. A „Pionek” stawia ją bezbłędnie, bez moralizowania, każąc czytelnikowi samemu zdecydować, czy potrafi to bronić w dobrej wierze, czy tylko nazwać to inaczej.
Nie zdradzę, jak Kuźmińscy rozliczają swojego Pionka. Powiem tylko, że rozliczają go uczciwie, bez taniej sensacji, z szacunkiem dla ofiar i dla czytelnika, który zasługuje na coś więcej niż zamknięcie akt na ostatniej stronie. Tę recenzję publikuję jutro, w dniu premiery serialu, i będę patrzył, czy ekran zachowa to, co w książce najcenniejsze. Nie zwrot akcji, tylko ciężar pytania, które zostaje po lekturze na długo. Reżyseria Michała Gazdy i Bartosza Blaschkego, scenariusz Karoliny Frankowskiej i Katarzyny Goleni, obsada z Piotrem Adamczykiem, Anną Cieślak, Mirosławem Haniszewskim i Zbigniewem Zamachowskim zapowiadają się solidnie. Czy Śląsk z kart powieści przetrwa przejście przez planistyczną maszynę serialu streamingowego? Tego jeszcze nie wiem. Jestem jednak ciekaw jak nigdy.
Metryczka
Tytuł: Pionek
Autor: Małgorzata i Michał Kuźmińscy
Gatunek: kryminał / thriller psychologiczny
Wydawnictwo: Dolnośląskiew
Rok wydania: 2019
ISBN: 978-83-271-6757-6
