Recenzja: Tomasz Białkowski „Drzewo morwowe”

Autor: Tomasz Białkowski
Tytuł: Drzewo morwowe
Wydawca:  Szara Godzina
Rok wydania: 2012
ISBN: 978-83-933462-5-7
Liczba stron: 302


Pisząc słów kilka o powieści Tomasza Białkowskiego „Drzewo morwowe”, muszę od razu zaznaczyć, iż czynię to w perspektywie lektury całej trylogii kryminalnej autora, a więc także pozostałych tytułów: „Kłamca” i „Król Tyru”, których to recenzje zamieszczę w kolejnych wpisach blogowych. Takie spojrzenie powoduje, że pierwszy z wymienionych tytułów broni się czytelniczo mocniej teraz niż w momencie pierwszych refleksji po lekturze, o czym poniżej.
 
Powieść „Drzewo morwowe” czyta się szybko i z dużym zainteresowaniem. Już na samym początku książki autor dość wyraziście i mocno zawiązuje intrygę kryminalną, która momentalnie wciąga. Jesteśmy uczestnikami trzech brutalnych morderstw starszych mężczyzn, policjanta, prokuratora i lekarza sądowego, które to zbrodnie łączy jedno – zagadkowy motyl wkładany w usta ofiar. Jednocześnie narrator,. Pozornie uchylając rąbek tajemnicy w postaci odprysków obrazu postaci mordercy, intryguje czytelnika ułomnością tegoż i jego makabrycznym rzemiosłem zadawania śmierci. Przyznać trzeba, że Białkowski niezwykle umiejętnie porywa odbiorcę w świat swojej opowieści. Zagadkowość zbrodni wprowadza nas powoli w mroczne sekrety przeszłości. Ale to tylko preludium do właściwej historii, która staje się teatrem ciemnej strony natury ludzkiej i zła w czystej postaci. W tej powieści zło posiada wiele twarzy. Od tej czysto fizycznej, egzemplifikowanej bólem, cierpieniem, upodleniem, zbrodnią i śmiercią, a niezwykle odczuwalnej naocznie przez czytelnika, co powoduje, że książki „Drzewo morwowe” nie da się czytać bez emocji i wewnętrznego napięcia. Inną twarz zła przebija z kart w pewnej metafizycznej zadumie, obejmującej pytania o rolę zła w życiu ludzkim i jego wpływie na decyzje egzystencjalne, stanowiące o losach pojedynczych osób, jak i całych grup. Ostatnia twarz zła dotyka kwestii religijnych. I z jednej strony obejmuje zagadnienia bezpośrednio nawiązujące do historii chrześcijaństwa i Kościoła. Tak dzieje się z przywołaniem podobieństw współczesnych zbrodni do śmierci pierwszych chrześcijańskich męczenników oraz dawnych, z wczesnych wieków, zejść ze ścieżki prawdy i dobra grupy heretyków, spod znaku grzechu Kościoła. Wydawać by się mogło, że to atrakcyjna materia fabuły powieściowej. Nie sądzę inaczej, ale ideowa podwalina zamysłu fabularnego musi jeszcze znaleźć odpowiednio dobrą realizację literacką, ale także logiczną. 
 
O ile pisarska sztuka w wykonaniu autora „Leze” nosi znamiona więcej niż poprawności, to jednak logika i autentyczność świata przedstawionego w pierwszym tytule cyklu kryminalnego zawiodła. Mam przede wszystkim na myśli główny wątek fabularny, w którym to grupa, a może bardziej sekta – trzeba wprost nazwać – pedofili w pięknym pod olsztyńskich terenach, dokładnie w barokowym pałacu, obmyśla wielki plan przemian, nawiązując swoim ideowym credo do heretyków, a to wszystko w czasach pełnego rozkwitu PRL-u. I na dokładkę morderca, który –jak szybko dowiadujemy się – ucieka z heretycznego opętania i wyuzdania w fanatyzm religijny i zbrodniczy. A jeśli poznamy wszystkie książki cyklu to wiemy dodatkowo, że ta fanatyczna grupa pod przewodnictwem swoistego „mistrza” planuje nie jeden zamach, to naprawdę musimy przez moment zamilknąć. W sumie to przebogata konstrukcja fabularna, ale niekoniecznie przekonująca, nie mówiąc już, że realna. Nie będę ukrywał, że mi w pewnym momencie lektury „Drzewa morwowego” błąkał się – na szczęście krótko – lekko ironiczny uśmiech. Tomasz Białkowski – moim zdaniem przekombinował. W dodatku są chwile, gdy w tym sosie passusów o religijnym tle i wątku całej historii dawnej i współczesnej, z ciekawym losem Wulgaty – znów niestety mało realnym – czytelnik po prostu zaczyna się gubić. A mogę mieć wrażenie, że i nawet nudzić. Mówiąc jeszcze inaczej, to skądinąd ciekawe powiązanie historii sprzed wieków z współczesnym śledztwem poprzez wydarzenia z lat 70-tych nie jest do końca udane i niepotrzebnie – tak jak w moim przypadku – buduje w czytelniku zadziwienie i niedowierzanie.
 
I tym bardziej mam za złe Tomaszowi Białkowskiemu takie źródło fabularne powieści, albowiem w tej samej książce wyczuwa się duża wrażliwość o podłożu ideowo-etycznym oraz niecodzienny zmysł odczuwania fałszu wielu wymiarów współczesnego świata. Mam na myśli wątek, którego przedstawicielem jest dawny duchowny, stryj głównego bohatera Pawła Werensa. Muszę przyznać, że stryj, Mariusz Werens, apostata, co ważne dla poruszanej tematyki, miejscami jawi się jako najciekawsza postać. A przynajmniej jako materiał na najciekawszą postać. Jego droga życiowa – od głębokiej, szczerej wiary księdza przez miłość duchową i fizyczną do kobiety do apostazji – to niezwykle interesujący i w polskiej literaturze niecodzienny rys osobowy. I znów żałuję, bo zarówno w przypadku tej postaci, jak i głównego bohatera, dziennikarza Werensa oraz uosobienia zła, Montalto, pisarz robi przysłowiowe pół kroku do przodu, nie dostawiając drugiej nogi. Użyłem metafory, ale chcę wyraźnie powiedzieć, że najważniejsi bohaterowie nie są niedopracowani przez autora „Drzewa morwowego”, lecz tylko literacko zbyt słabo i pobieżnie „ubrani” osobowościowo i psychologicznie. Kto wie czy gdyby Tomasz Białkowski bardziej skupił się na bogatszym i głębszym wkomponowaniu w narrację postaci literackich, zamiast zbytnio miejscami snuć opowieści z historii religii, to nie wyszłoby to na dobre całej powieści. Na szczęście wiele elementów, pomysłów i motywów z poziomu personalnego świata przedstawionego autor rozwinął z powodzeniem w kolejnych tytułach cyklu. 
 
Podobnie ma się rzecz z topograficznym zakresem wszystkich powieści cyklu. Tak jak w „Drzewu morwowym”, prawie wszystkie przedstawiane sceny (wyjątkiem jest środkowa książka cyklu „Kłamca”) dzieją się w północnej części kraju, z centralnym punktem narracyjnym, Olsztynem. Świadomie używam słowa „topografia”, bowiem wiele scen, zwłaszcza tych „z drogi”, mogłoby służyć za przewodnik po miejscach. Nie idzie jednak tylko o sytuowanie miejsc akcji, ale także o ich klimat, lokalny charakter, niekiedy legendę i historię. I znów ostatnia powieść realizuje tą wartość ciekawiej i bardziej przekonująco niż pierwszy tytuł.
 
W jednym zakresie poziom literackich umiejętności Tomasza Białkowskiego jest równy, niezmienny i wyrastający ponad normę – język narracji. Nie licząc drobnych potknięć, nie do końca autorskich, bardziej redaktorskich, czyta się książki pisarza gładko i z przyjemnością brzmienia opowiadanych historii. Dialogi nie noszą znamion sztuczności. Mistrzostwa pisarskiego języka dotyka autor w scenach tcyh najmroczniejszych, zarówno przedstawiających zbrodnicze czyny, jak i tych opisowych, budujących nastrój i tło dla przedstawianych miejsc i czasu. 
 
„Drzewo morwowe” jako samodzielny tytuł jest więc dobrym kryminałem z domieszką ciekawej sensacji. Jako pierwsza w cyklu książka jest zapowiedzią ciekawej współczesnej historii, w której trzeba patrzeć w przeszłość, mierzyć się z nieludzka mocą ludzkiego zła. I jeśli jesteś miłośnikiem kryminałów pisanych po polsku, „Drzewo morwowe” jest obowiązkowa pozycją czytelniczą, po której z pewnością sięgniesz po kolejne tytuły Tomasza Białkowskiego.

Zamieszczone w Baza recenzji Syndykatu ZwB