Recenzja: Jarosław Klejnocki „Opcje na śmierć”

Autor: Jarosław Klejnocki
Tytuł: Opcje na śmierć
Wydawca:  Wydawnictwo Literackie
Rok wydania: 2012
ISBN: 978-83-08-05016-3
Liczba stron: 347


Po kolejną powieść Jarosława Klejnockiego „Opcje na śmierć” sięgnąłem wiedziony okolicznościami Darłowskich Spotkań Literackich, jakie odbywały się w lipcu bieżącego roku. Gościł też tam autor wymienianego tytułu, co zachęciło mnie do zakupu i lektury książki, a tym samym kolejnego spotkania z komisarzem Ireneuszem Nawrockim. 
 
Pierwsze wyraźne wrażenie czytelnicze dotyczy zawartości fabularnej powieści, która to jest na tle wcześniejszych tytułów autora „Południka 21” imponująco bogata w różnorakie wątki. Począwszy od kryminalnych, w których mamy nie jedną śmierć, choć z pozoru wyglądające bardziej na nieszczęśliwe wypadki niż zbrodnicze przedsięwzięcia. Pojawiają się też motywy związane z finansowymi spekulacjami, przemytem narkotyków, a równocześnie prowadzone inne postępowanie policyjne dotyczy napadów wzorowanych na słynnym „łomiarzu”. Z tą ostatnią sprawą związane są też kolejne przywołania narracyjne, które dotyczą nowych członków ekipy śledczej. Odmiennie ukierunkowanym tematem fabuły jest rodzinna historia adopcyjna małej Krysi, którą przeżywamy w początkowym etapie pytań i rozterek razem z bohaterami. Narrator, a właściwie główny bohater, nie dają nam zapomnieć również o dawnej historii śledczej, w której tragicznie zginął najbliższy współpracownik Nawrockiego, Mirek. A w tle mamy jeszcze przywołania tematyczne poświęcone funkcjonowaniu instytucji finansowych, a nawet policyjnych. „Opcje na śmierć” nie jest może sensu stricto powieścią wielowątkową, ale z pewnością Klejnocki w takim kierunki fabułę prowadzi, z jednoczesnym utrzymaniem dominanty narracyjnej opartej o główną intrygę kryminalną, dotyczącą dwóch śmierci – na Mazurach i w kanałach Amsterdamu. Potencjał więc jest na: ciekawą tematycznie, fabularnie nieskromną, niebanalną pod względem zarysowanych postaci literackich (o których za chwilę), atrakcyjną obyczajowo i wreszcie zagadkową tropami śledczymi powieść. I Klejnockiemu zamiar i zamysł, niestety ze smutkiem dla czytelnika, nie udał się w pełni. Mam wrażenie, że zestaw pomysłów tych indywidualnych i tych powiązanych ze sobą różnymi splotami zdarzeń i osób przerósł samego autora. Popierwsze potraktował je on zbyt powierzchownie, bez głębi tematu i solidnego usadowienia w rzeczywistości świata przedstawionego. Duża liczba postaci, która się pojawia, tematów i zdarzeń mniejszych oraz większych nie idzie w jakość. Po drugie ich wzajemne powiązania i zależności nie są przekonujące, zaburzają nawet niekiedy jakiś układ przyczynowo-skutkowy. Po trzecie autentyzm zwłaszcza postaci, reprezentujących przecież zachowania, poglądy, język i działania daje wiele do myślenia.
 
Świat postaci literackich stworzony przez Klejnockiego razi, pomimo usilnych starań nadania im oryginalności, razi pewną szablonowością. Wyłączę może z tego grona samego Nawrockiego, bo główny bohater to zupełnie inna persona, nie bez wad literackich. Inne jednak postacie, czy to ze świata bankowców i finansistów, czy też informatyków i policjantów, zbudowane są na zasadzie reprezentatywnych cech zawodów i umiejętności, który – to trzeba przyznać – autor „Opcji na śmierć” nie dobiera ot tak, jak pierwszych z brzegu, ale stara się je urozmaicić, zindywidualizować. Czytelnik jednak nie zatrzymuje się na nich dłużej niż chwilę, po lekturze uciekają tak samo szybko, jak pojawiały się na kartach książki. Mają kościec literacki, lecz zbyt słabo tchnął w nich Klejnocki te cechy osobowościowe, dzięki którym albo są one atrakcyjne odbiorczo dla czytelnika, albo w sposób istotny budują lub burzą (a więc są w widocznej interakcji) związki między postaciami i opowiadanymi historiami. To trochę tak, że takie postacie, jak np. policjanci Pirwitz i Laura, które mają swoją historię i doświadczenia, styl zachowania i poglądy, uczestniczą w zdarzeniach istotnych dla świata przedstawionego, zamiast współtworzyć fabularną opowieść, są jednak tylko jej tłem i swoistym wypełnieniem odcinków czasu powieściowego. Gdyby ich nie było, tak, książka byłaby uboższa, lecz czy treściowo i znaczeniowo dla tego najważniejsze w kryminale, snutej i rozwiązywanej intrygi? Jestem pewien, że nie, że ich brak byłby tylko zauważalny ilościowo. Dodatkowo, spoglądając na Pirwitza i Laurę, byłego komandosa, antyterrorystę i byłej bohaterskiej (uratowała dzieci z pożaru) strażaczki, zastanawiam się nad obrazem polskiej policji i samych policjantów. Pirwitz nie prowadził nigdy samodzielnie dochodzenia, ba, powiem więcej, urealniając jego poza książkową drogę, nigdy w dochodzeniach nie „robił”, a Laura to zupełny żółtodziób w tej dziedzinie. I takie osobny za pomysłem pisarza prowadzą samodzielnie, w sumie z iluzorycznym nadzorem doświadczonego Nawrockiego, sprawę ujęcia seryjnego „łomiarza”, która to jest klasycznie medialnym problemem dla policji. Idealnie w polskich służbach kryminalnych może nie jest, ale tak źle jeszcze nie i miejmy nadzieję, że nigdy. 
 
Kiedy jednak piszę o bohaterach książki, myślę przede wszystkim o wspomnianym już Nawrockim, komisarzu o dużej wiedzy, ale jeszcze większym doświadczeniu i intuicji śledczej, jak chce autor „Człowieka ostatniej szansy”. Z Nawrockim jest jednak problem, przed którym czytelnicy kryminałów, zwłaszcza ci spod znaku tzw. kryminału fanowskiego, przywołując pojęcie stworzone przez Mariusza Czubaja, nie pozostają obojętni. Nawrocki z pewnością nie jest postacią tuzinkową. Wielu nawet powie – oryginalną, ekscentryczną, ale na wyrost i nie do końca autentyczną. Jak spojrzymy na tego bohatera i jego życie rodzinne, osobiste, do którego przywołania pojawiają się co jakiś czas, to Nawrocki jawi się jako postać zwykła, wprost z codziennego życia. Komisarz wraz z żoną Małgorzatą i synem tworzą typową rodzinę polską, z powtarzalną powszedniością, niejednokrotnie nudą. A jednocześnie ten sam bohater zmaga się na co dzień z mrocznym obliczem ludzkich czynów, z bolesną pamięcią tragicznej śmierci bliskiego współpracownika, za którą – zdaniem Nawrockiego – kryje się też jego wina, pchająca go do porzucenia służby policyjnej. Tym którzy, nie znają realiów pracy kryminalnych, proponuję przemyślenie tych zagadnień, a dla lepszego zobrazowania zapoznanie się z kultowym już serialem dokumentalnym „Prawdziwe psy”. I w tym wszystkim komisarz dokłada swój indywidualny koloryt w postaci pykania z fajki, picia w każdej możliwej ilości win nie tylko chilijskich, ale zawsze opisanych z nazwy i oceny wręcz godnej sommeliera, czy wreszcie codziennej prezentacji koszul, nie tylko, że ekscentrycznych niejednokrotnie, co jeszcze jakościowo i stylowo wybieranych. To ostatnie zresztą chyba najmocniej podkreśla oryginalność bohatera. Tego zresztą samego, który tak naprawdę, z wyłączeniem pracy, narzeka na los. I myśli o zmianie profesji na ochroniarza.  Nie, to nie mogła się udać. Poszczególne zalety, zdolności i cechy i owszem, mogą zdobywać serca i umysł czytelników młodszych i starszych, płci męskiej i żeńskiej. W komplecie, literackiej całości nie wypalają, chwilami śmieszą, a nawet drażnią swoją natarczywością i zbyt częstą powtarzalnością narracyjną. Klejnocki przedobrzył z właściwościami swojego bohatera. I jakby było mało, skonfrontował go z mizerotą postaci małżonki, Małgorzaty. Jak słusznie niektórzy zauważyli, spędzającej czas na spaniu i piciu alkoholu, i powiększaniu wątpliwości w zakresie adopcji kilkuletniej Krysi. Motyw adopcji, zmagania się z jej administracyjną stroną i dojrzewaniem do w pełni świadomej decyzji, jest ciekawy i szkoda, że postacią małżonki Klejnocki sporo go zepsuł i spłycił. A szkoda, bo uwikłanie najważniejszych bohaterów w mniejszą ilość tematów, ale zaproponowanych głębiej i ciekawiej, z pewnością wyszłoby na korzyść świata postaci literackich i wrażeń czytelniczych. Dlatego trudno zostać fanem Ireneusza Nawrockiego. 
 
Autor „Opcji na śmierć” ma jednak niewątpliwy talent do budowanie ciekawie złożonej  intrygi, w której dość długo tkwimy bez rozwiązania. I to jest zaleta omawianej powieści. Zamknięty w niej przebieg czasowy o strukturze linearnej, sprawnie prowadzonej, bez wyraźnych dłużyzn, to atut podczas lektury. Powiązaniem wątków i osób pisarz równie ciekawie stara się kreować przestrzeń fizyczną akcji powieściowej. Warszawa przeważa, ale topograficznie mieści się pomiędzy Holandią a Bielską Biała. I nawet chyba najciekawiej kolorystykę postaci i charakterów rysuje Klejnocki na stronach dziejącej holenderskiej części opowieści. Aż szkoda, że – może i łatwiej, i efektowniej do poprowadzenia – egzotyka kraju tulipanów nie ma swoich ciekawych i wciągających odpowiedników lokalnych. I mniej chodzi o miejsca, a bardziej o świat bohaterów.
 
Przestrzeń wykreowanych postaci ma jeszcze jeden wymiar, moim zdaniem redundantny z punktu widzenia głównej fabuły i stworzonej intrygi kryminalnej, nazwę go metaliteracki, choć mam silne opory. Chodzi o doktora Jarosława Klejnockiego, nie autora omawianej powieści, lecz jej bohatera. Powiem więcej, „poruszyciela” opowiadanej w niej historii. To postać o nazwisku Klejnocki jest swoistym spowiednikiem, psychoanalitykiem, u którego na fotelu siedzi Nawrocki i snuje opowieść. Zamknięta w klamrę, pomiędzy którą dwie osoby tak realne, bo przecież nie z opowieści narratora, lecz uczestnika zdarzeń, zdążyły wypić trzy butelki wina. Nie, nie zapomniał autor napisać, było to białe pinot grigio Delle Veneto. Zaś przy otwieranym czwartym kalifornijskim chardonnay z winnicy Beringer Founders wprost z dolin Napa, bohater Klejnocki przyznał wyższość prawdziwych przygód komisarza nad literackimi urojonymi wydarzeniami i fikcyjnymi bohaterami. I tak na ostatnich stronach książki powstał zamysł i zrodziła się powieść „Opcje na śmierć”. Zakręcone? Niezbyt, taki chwyt pisarski, nie nowy. Może warto otworzyć kolejne wino, choćby włoskie Muri Gries, wprost z Tyrolu Południowego i tradycji szczepu legrein rozwijanego przez benedyktynów z opactwa Gries, by wypić za kolejne bardziej realne i przekonujące przygody oraz pełnokrwiste i atrakcyjne losy bohaterów kolejnych kryminałów autora Jarosława Klejnockiego.

Zamieszczone w Baza recenzji Syndykatu ZwB