Recenzja: Stephen King „Pan Mercedes”

Autor: Stephen King
Tytuł: Pan Mercedes
Tłumaczenie: Danuta Górska 
Wydawca:  Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz
Rok wydania: 2014
ISBN: 978-83-7885-936-9
Liczba stron: 574

Stephen King debiutantem? Po tylu napisanych książkach i w wieku prawie siedemdziesięciu lat? Tak właśnie się stało i nie tyle chodzi o samo zajęcie pisarskie – co jest oczywistością – ale o praktykowany gatunek literacki. Najnowsza powieść Stephena Kinga „Pan Mercedes” to kryminał. Czy w czystej postaci gatunkowej?  Jeśli mierzyć takie tytuły stałą miarą obecności zbrodni, detektywa i zagadki sprawcy przestępstwa, to „Pan Mercedes” klasycznym kryminałem nie jest. W tym przypadku mamy dość szybko do czynienia i z detektywem, i z zabójcą.Wiemy więc od samego początku kto zabił i wiemy kto będzie ścigać mordercę. Czy brak tajemnicy śledztwa może smucić? Pozornie tak, ale po lekturze recenzowanej powieści śmiało mogę powiedzieć – to dobrze, że King nie postanowił być jak inni. 
 
Mam wrażenie, że „Pan Mercedes” to rzecz, która, gdyby została napisana w klasycznym układzie kryminalnym: zbrodnia-detektyw-sprawca, to na rynku wydawniczym zaistniałaby wyłącznie jako kolejny tytuł spod ręki pana od horrorów, bez jakiegokolwiek sukcesu własnego jako udanej powieści kryminalnej. King realizuje jednak zupełnie inny pomysł, dzięki czemu pozwala obcować z zupełnie interesującą lekturą, udowadniając przy okazji, że jest zdolnym pisarzem nie tylko spod znaku strachu. Nie oznacza to także, że w tej powieści nie ma napięcia. Ono występuje zupełnie w innej postaci i dotyczy zupełnie innych kwestii. Mam na myśli napięcie i lęk o bohaterów książki, a tak naprawdę o pewien rodzaj współodczuwania z nimi dysharmonii społecznej i emocjonalnej. „Pan Mercedes” to przecież w pierwszej kolejności książka o ludzkich relacjach i ich stanach psychiczno-emocjonalnych. King bardzo ciekawie i niepowtarzalnie zaludnił scenę literackich postaci. Na obu biegunach stawia najmocniejszych bohaterów, tworzących spektakl o dużej mocy odbiorczej, powodującej u czytelników zaciekawienie i swoisty „przymus” lektury ze znanymi słowami „co będzie dalej”. Z jednej strony jest tytułowy Pan Mercedes. Poznajemy go powoli, jego sylwetka budowana jest we fragmentach dawkowanych przez pisarza w sposób przemyślany i świadomy. A wszystko zaczyna się w tej powieści spokojnie, dla wielu ludzi z nadzieją na lepsze jutro pod postacią nowej pracy. Jednak wszystko zmienia, zarówno ich los, jak i nasze czytelnicze zapatrywanie jedna, krótka chwila. To moment, w którym ważą się życiowe losy tych, którzy w żaden sposób nie mogli przewidzieć dnia jutrzejszego. Wypadek, nieszczęśliwe zdarzenie – chwila, których nigdy nie znamy. W rzeczywistości to zbrodniczy akt, który w literaturze przedmiotu nazywamy masowym zabójstwem. Ktoś, bo początkowo nie wiemy dokładnie kto to jest, posługując się kradzionym samochodem (oczywiście mercedesem), masakruje tłum ludzi zgromadzonych przed City Center w oczekiwaniu na zdobycie pracy. Osiem osób zabija, piętnastu kolejnych ciężko rani. I nie jest to historia tego samego typu, co rodzimy wypadek drogowy w Kamieniu Pomorskim, w którym w wyniku głupoty i brawury pijanego kierowcy zginęła prawie cała rodzina będąca tego dnia na spacerze. Tutaj opisane na samym wstępie bardzo lakonicznie dramatyczne zdarzenie to w rzeczywistości świadomy i celowy akt zbrodniczy jednego człowieka. Literacko zaś to uwertura do dalszej opowieści fabularnej, budowanej w oparciu o antagonizm pomiędzy sprawcą masowego zabójstwa Bradym Hartfieldem a śledczym Kermitem Williamem Hodgesem. Nieco zaskakującym  i lekko intrygującym zabiegiem, zawiązującym w ten sposób intrygę kryminalną, jest pomysł listu, który wspomniany śledczy otrzymuje od sprawcy zbrodni, Pana Mercedesa – jak zostaje nazwany. Ten list to rodzaj zaproszenia do gry, w której stawką jest życie jednego z nich. Mówiąc o zaskoczeniu mam na myśli sam fakt kontaktu w tej formie tych dwóch osób. Przecież – logicznie myśląc – w interesie sprawcy jest pozostawanie ciągle niewykrytym, a Hodges to w aktualnym czasie narracyjnym emerytowany już policjant, którego ostatnie śledztwo w sprawie masakry pod City Center zostaje nie rozwiązane. Dla sprawcy śmierć kilku osób pod kołami samochodu, kolejna śmierć właścicielki mercedesa, wcześniej skradzionego i wykorzystanego do tego czynu, to ciągle za mało. On pragnie, wręcz żąda śmierci, najlepiej samobójczej, emerytowanego śledczego, jakby chciał by każdy kto styka się z tą sprawą podlegał unicestwieniu. Czytelnik, podobnie jak ja, pomyśli szaleństwo? Tak, to szaleństwo, a jego sprawca to z pewnością ktoś, kto łamie zasady współżycia społecznego, to ktoś, kogo nazywamy wprost – szaleniec. 
 
Tytułowy Pan Mercedes to wyjątkowo złożona postać, o skomplikowanej i zaburzonej osobowości. Nie chcę zdradzać czytelnikom jego zachowań i scen z jego udziałem, by nie psuć lektury i osłabiać napięcia. King rysuje go w sposób charakterystyczny dla zabójców masowych czy też seryjnych, w których to miesza się duża doza przeciętności z cechami wybiegającymi wyraźnie ponad normy etyczne i społeczne. Nie ma tutaj nic nowego, raczej to typowa charakterystyka dla amerykańskich tytułów, choć polski czytelnik z takimi sylwetkami na gruncie rodzimym spotyka się bardzo rzadko. U autora „Lśnienia” nie tylko jednak przestępca jest interesujący. Nie mniej ciekawiej kreowane są postacie tych, którzy ścigają sprawcę. W pierwszej kolejności jest to oczywiście Kermit Hodges, emerytowany gliniarz z charakterem, choć początkowo poznajemy go jako zgorzkniałego, i zrezygnowanego faceta, bez celu życiowego. Odczuwa on pustkę nic nie robienia, graniczącą nawet z myślami samobójczymi. Z letargu wybudza go wspomniany list Pana Mercedesa. Pełen jadu list, który – jak zdradza wydawca – w założeniu miał jeszcze bardziej załamać detektywa i pchnąć do samobójstwa, wywiera odwrotny skutek. Hodges odzyskuje chęć do życia i postanawia samodzielnie wytropić zabójcę, a przy okazji przywrócić dobre imię właścicielce samochodu, który stał się narzędziem zbrodni. Zgodnie z literackim założeniem Kinga, policyjny bohater doznaje także odnowy uczuciowej i emocjonalnej, która – jak to bywa w tego typu książkach – opłacona zostanie także dramatyczną i bolesną chwilą. Moim zdaniem sam Hodges nie wzbudziłby takiego zainteresowania czytelniczego, gdyby nie zaangażował do swojej prywatnego śledztwa dwóch innych, niezwykle charakterystycznych osób. Mam na myśli w pierwszej kolejności czarnoskórego licealistę, Jerome’a, któremu detektyw od czasu do czasu zleca drobne prace w domu i ogrodzie. I myślę, że lubi też prowadzić z nim dyskusje, dzięki którym inne młodzieżowe, trochę przemądrzałe spojrzenie, pozwala na pełniejszą weryfikację swoich hipotez śledczych. Młodzieniec jest też nieocenionym pomocnikiem w poznawaniu nowych technologii, co jest ważną sprawą, bo jedynym sposobem komunikowania się byłego policjanta i zabójcy jest specjalnie stworzona strona internetowa z miejscem do elektronicznej korespondencji. Jeszcze ciekawszym, niespodziewanym partnerem Hodgesa, zostaje introwertyczka Holly Gibney. Jej fobie i lęki osobiste, tak bardzo ograniczające współżycie społeczne i rodzinne, nie okazują się być przeszkodą, a kto wie czy tak naprawdę nie stanowią o istocie udanego śledztwa. Nie mogę zdradzić więcej, ale z olbrzymią przyjemnością czyta się te karty, na których ta – wydaje się – niedobrana trójka mierzy się intelektualnie i fizycznie z Bradym, który też fascynuje złem, wewnętrznym opętaniem i tak naprawdę bezgranicznym szaleństwem.  
 
„Pan Mercedes” to bowiem powieść, w której nie idzie o rozwiązanie zagadki „kto zabił’, bo o tym my – czytelnicy – wiemy prawie od samego początku, a z czasem i ścigający go bohaterowie. To książka o ludzkich ograniczeniach i ich zwalczaniu, zarówno tych wewnętrznych, które tkwią w każdym z nas, jak i tych zewnętrznych, budowanych w przestrzeni relacji rodzinnych i publicznych. W powieści tej literacka struna kryminalna napinana jest w głównej mierze w przestrzeni psychologicznych emocji, decyzji i zachowań. Tak jak stawką w tej grze wywołanej przez szaleńca jest życie ludzkie, już nie to jednostkowe, lecz wielu (setek, a może nawet tysięcy), tak literackim leitmotivem jest uchwycenie źródła i motywów tego szaleństwa (o ile takie są). 
 
Stephen King napisał książkę ciekawą, z odpowiednim rytmem lektury, w odpowiednich miejscach wciągającą psychologiczną i intelektualną rozgrywką pomiędzy głównymi bohaterami, będącymi wszak przedstawicielami dobra i zła. Autor nie zapomina także o napięciu i dynamice akcji, podgrzewając ją zwłaszcza w części końcowej powieści, co powoduje, że nawet nie zauważamy kiedy dobrnęliśmy do końca. 
[dodajbox]

Zamieszczone w Baza recenzji Syndykatu ZwB i przeczytane dzięki Wydawnictwu Albatros Andrzej Kuryłowicz