Recenzja: Stephen Miller „Wysłanniczka”
Autor: Stephen Miller
Tytuł: Wysłanniczka
Tłumaczenie: Anna Esden-Tempska
Wydawca: Wydawnictwo Muza
Rok wydania: 2014
ISBN: 978-83-7758-606-8
Liczba stron: 448
Aktor, w tym grający rolę koronera w serialu „Z Archiwum X”, jako autor thrillera powieściowego. Takie rzeczy to już nie jakaś wyjątkowa rzadkość nawet w naszym kraju, a co dopiero w Stanach Zjednoczonych, z których pochodzi Stephen Miller. To, że powieść „Wysłanniczka”, wydana nakładem wydawnictwa „Muza”, została napisana przez amerykańskiego pisarza stanowi w pewnej mierze element decydujący o jej charakterze i odbiorze czytelniczym.
Sam pomysł na książkę pewnie i mógł się narodzić w innym miejscu, ale po 11 września 2001 roku to rzecz tak oczywista dla amerykańskiego oglądu współczesnego świata, że nieustannie znajduje ten temat swoje urzeczywistnienia we wszelkich formach artystycznej działalności rodzącej się właśnie na tym kontynencie. To nikt inny, jak Amerykanie, ma świadomość, że terroryzm może posiadać realnie każdą twarz, nawet tą najmniej spodziewaną i przewidywalną. Wiedzą też, doświadczeni ponad miarę, że współczesny terroryzm jako ofiarę może wybrać tak pojedyncze życie, jak i – dosłownie – niezliczone istnienia ludzkie. Taką też dramatycznie przerażającą wizję proponuje Stephen Miller. Oto na naszych oczach rodzi się i aktywuje w przestrzeni życia społecznego i publicznego akt terrorystyczny o nieprzewidywalnym zasięgu. Choć trafniej trzeba było powiedzieć – o zasięgu totalnym. Główna bohaterka powieści Daria Vermiglio przybywa do Ameryki z zadaniem, którego cel jest jasno określony – doprowadzić do zagłady, ugodzić mocno i trafnie w świat tych, którzy są przedstawicielami Szatana. To akt terrorystyczny o nowym, wyjątkowym charakterze. Nie idzie tutaj o samobójcze zdetonowanie bomby czy też pokierowanie bliżej nieokreślonym zbrojnym aktem masowej zagłady. Daria jest nosicielką zmodyfikowanego wirusa ospy. Tylko tyle, choć w tym przypadku trzeba jasno powiedzieć – aż tyle! Każdy jej najmniejszy dotyk to dotyk śmierci, zagłady powielanej po wielokroć. Ten cały proces śmiertelnej walki z wrogiem kulturowym, politycznym, religijnym, bo w takich kategoriach swoje zadanie odbiera i realizuje bohaterka, został ujęty literacko w bardzo ciekawy, jak dla mnie dotychczas nie spotykany sposób. Mam na myśli dwutorowe narracyjne spojrzenie na szesnaście dni swoistej tułaczki Darii po ziemi amerykańskiej.
Pierwszą perspektywą narracyjnej opowieści jest postać amerykańskiego naukowca, który jest w tym przypadku symbolem podjęcia walki z zagrożeniem. Pomaga on własnemu rządowi, próbując opracować i przygotować lekarstwo na zmodyfikowany wirus ospy. Rzecz w tym, że autor z jednej strony bohatera stara się kreować tego bohatera w sposób złożony psychologicznie, a jednocześnie wpada w pewien tak typowy dla Amerykanów hurra pozytywny obraz machiny państwa i jego służb, które potrafią rozwiązać każdy problem i wyjść z każdej krytycznej sytuacji obronną ręką. Nie będę zdradzał szczegółów, by nie psuć lektury przyszłym czytelnikom, lecz podkreślę tylko fakt, że takich passusów książki, tak bliskich czysto hollywoodzkiej wizji wprost z kasowych hitów ekranowych, jest kilka i niewątpliwie psują one wyraźnie klimat czytelniczego napięcia. Trochę inaczej wygląda wątek osobisty wspomnianego naukowca, Sama Wattermana. Moment, w którym go poznajemy jest znamienny dla opowiadanej historii. Zepchnięty na margines naukowego życia, cierpiący wraz z śmiertelnie chorą żoną, nad którą sprawuje trudną opiekę, nagle pojawia się w zainteresowaniu FBI. Gdy służby uświadamiają sobie ogrom i zakres niebezpieczeństwa, zwracają się do niego o pomoc, tak naprawdę zmuszając go do niej. Nagle – niesłuszne skądinąd oskarżenia sprzed kilku lat o wypuszczenie z laboratorium laseczek wąglika – przestają być ważne. Dzieje się tak zwłaszcza dlatego, że właśnie już wtedy Sam wieszczył niebezpieczeństwo użycia przez terrorystów broni biologicznej, przenoszonej właśnie przez ludzi, w sposób tak naturalny dla wirusów i bakterii. Jego wizja w oczach decydentów nagle urealnia się i jego obecność na froncie walki z zagrożeniem jest koniecznością. Szkoda tylko, że tak ciekawie pomyślana postać Wattermana tylko w początkowej realizacji literackiej jest poprowadzona tak szeroko, z ujęciem jego wewnętrznego rozdarcia i psychologiczną złożonością życiowej chwili. Z każdą kolejną kartą tak ciekawy pomysł znika pod powierzchnią opisu walki z czasem i wyjątkowego zaangażowania wszystkich służb i sił w celu wydarcia terrorystom śmiertelnej przewagi nad życiem tysięcy, a nawet milionów istnień.
Na szczęście dla całej powieści „Wysłanniczka” w sposób dalece odmienny narracyjnie, przede wszystkim bogatszy fabularnie i głębszy perspektywą psychologiczną, poprowadzona została postać Darii Vermiglio. Już jej biografia powieściowa robi wrażenie, zarówno swoją egzotycznością dla polskiego czytelnika, jak i złożonością losów. Daria dorasta w jednym z krajów arabskich w czasie konfliktu zbrojnego, co zdaje się być pozornie chlebem powszednim, do którego można przywyknąć. To tylko jednak złudzenia wszystkich tych, którym brakuje wyobraźni. Zdaje się, że tak naprawdę to stan każdego z nas, Europejczyka żyjącego w pokoju i dobrobycie dnia codziennego. Daria – co zdradza przyszłym czytelnikom wydawca – jest świadkiem drastycznych wydarzeń, obserwuje żołnierzy grających w piłkę ludzkimi głowami. Jej dwaj bracia giną, matka popada w depresję, a ojciec musi się ukrywać. Daria traci wszystko. Taka sytuacja, taki moment na linii życia to najlepszy grunt do zasiania ziarna zemsty i nienawiści. W mrokach rozpaczy i tragedii osobistej z pomocą członków grupy terrorystycznej bohaterka dostrzega cel. Walki i zemsty. Z obozu dla uchodźców wydostają ją właśnie terroryści, by stała się jedną z nich. Świętą wojowniczką. Ale to nie prosta zemsta i nie byle jaki sposób walki. To jak najbardziej dopracowany plan. Wysyłają Darię do Europy, aby zdobyła wykształcenie, ogładę i styl, tak by upodobnić się do kobiet cywilizowanych krajów zachodnich. Z momentem nadejścia chwili swojego wyjątkowego posłannictwa wybiera drogę własnej śmierci, za której cenę zapłacą tysiące, a w dalszej perspektywie miliony, napotkanych przez nią ludzi. Wylatuje z Berlina do Nowego Jorku pod przykrywką dziennikarki modnego, włoskiego młodzieżowego pisma, z nieodwołalna i tajną misją – zarażać zmodyfikowanym wirusem ospy. Nieść śmierć w imię zemsty za losy bliskich, w imię Allacha, w imię niemożliwej do zatarcia pamięci. Narracyjny opis wykuwania się niepowtarzalnego losu głównej bohaterki poprowadzony został przez Millera dość sprawnie, dynamicznie, ciekawie i bez zbędnego balastu psychologicznego czy ideologicznego. Tak naprawdę jednak najważniejsze doświadczenie życiowe Daria Vermiglio przeżywa na oczach czytelników. Te dni tułaczki, w pewien sposób ucieczki z miejsc, ale także ucieczki od celu, do którego dążyła. Mnie kojarzyło się w pewien sposób w powieścią drogi, tak bardzo charakterystyczną dla literatury amerykańskiej. Dotyczy to oczywiście pewnego fragmentu powieści, który jednak stanowi dominantę fabularną. W tej mierze, gdy spojrzeć na całe losy i opisane, i dziejące się na scenie narracyjnej historii, „Wysłanniczka” jawi się bardziej jako powieść psychologiczna niż thriller.
Przewaga motywów o charakterze psychologicznych, zwłaszcza obejmujących postać głównej bohaterki, wraz z jej – powtórzę – ciekawą biografią literacką stanowią o wartości powieści Stephena Millera. „Wysłanniczka” jest też dość charakterystycznym przykładem popularnej formy powieściowej na amerykańskim rynku wydawniczym o charakterze thrillera z elementami sensacyjnymi, z którymi czytelnik nie powinien wiązać wielkich nadziei. Ta akurat strona recenzowanej powieści zawodzi, jest przewidywalna i kryminalnie, i fabularnie, co wynika właśnie z tej szaty „amerykanizmu”. Jest jednak to książka nader aktualna w zakresie rysowania zagrożeń o charakterze terrorystycznym i co najważniejsze z umiejętnie podniesionym problemem własnej tożsamości i wartości osoby ludzkiej.
[dodajbox]
Zamieszczone w Baza recenzji Syndykatu ZwB i przeczytana dzięki Wydawnictwu Muza i Business&Culture


07/05/2014 @ 07:55
Bardzo fajna recenzja, ale motyw osobiście dla mnie wyczerpany przez Robina Cooka, choć u Cooka wątek nie miał nigdy tak spektakularnego zasięgu.