Recenzja: Matthew Reilly „Smocza wyspa”

reillyAutor: Matthew Reilly 
Tytuł: Smocza wyspa
Tłumaczenie: Paweł Wieczorek
Wydawca:  Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz
Rok wydania: 2015
ISBN: 978-83-788-556-13
Liczba stron: 463

Do powieści sensacyjnych podchodzę jako czytelnik dwojako. Albo oczekuję lektury, która przytłoczy swoim realizmem, za którym, poza napięciem fabularnym, ukrywać będzie się autentyzm i społeczno-polityczna waga poruszanych zagadnień. Albo też szukam wyjątkowej rozrywki, w której ekscytacja czytelnicza idzie wespół z rozrywką i zapomnieniem się w fikcyjnym biegu akcji. „Smocza wyspa” autorstwa Matthew Reilly’ego wpisuje się doskonale w drugi krąg moich zainteresowań tego typu gatunkiem literackim.

W powieści tej nie doszukujcie niczego nowatorskiego ani też wyjątkowego, jeśli jednak szukacie mocnej łącznej dawki rozrywki i napięcia to nie będziecie zawiedzeni. Australijski pisarz odpala petardę po raz kolejny, choć mam wrażenie, że po raz pierwszy czyni to w sposób tak totalny. Zaczątek opowieści fabularnej jest dość prosty. Po dokonaniu szeregu ataków terrorystycznych Armia Złodziei przejmuje ośrodek na Smoczej Wyspie. Następnie rozpoczyna próbę uruchomienia znajdującej się tam niezwykłej broni atmosferycznej, znanej jako Aparat Tesli. To instalacja mogąca podpalić atmosferę. Zagrożone jest przede wszystkim bezpieczeństwo mieszkańców USA, choć w perspektywie czasu masowa zagłada może czekać spory fragment kontynentu. Władze amerykańskie, które dowiadują się o planowanym ataku, są przerażone. Rosyjska próba zaatakowania Smoczej Wyspy za pomocą rakiet z bombami atomowymi kończy się fiaskiem, kolejne są niemożliwe.  Prawie każde z liczących się mocarstw analizuje natychmiast możliwość podjęcia jeszcze innych działań, które mogłyby zatrzymać odliczany czas do światowej katastrofy. Dość szybko okazuje się, że świat uratować może już tylko Shane Schofield oraz jego sześciu ludzi. Na zasabotowanie Aparatu Tesli mają dwie godziny, a przeciwko sobie kilkuset znakomicie przygotowanych i wyposażonych w rakiety, samoloty, helikoptery i amfibie żołnierzy Armii Złodziei, przemyślne fortyfikacje i nieludzką pogodę. Zaczyna się walka z czasem. Nie ma prostszego pomysłu na sensacyjną historię z piekła rodem, obarczonej u samych podstaw niepowodzeniem. Skoro jednak beznadziejność sytuacji tych sześciu ludzi widoczna jest od samego początku książki, to pojawiać się może czytelnicze podejrzenie – czy to może się udać, czy taka historia sprawdzi się, a przede wszystkim zaciekawi i przede wszystkim obroni swój autentyzm?

Beznadziejne położenie głównych bohaterów recenzowanej sensacji niekoniecznie musi przekładać się na beznadziejność pisarskiej wizji. Reilly daje sobie radę wyjątkowo udanie. Z jednej strony ma przecież swojego głównego bohatera. Shane Schofield, zwany „Strachem na wróble”, to postać w każdym calu męska i na wskroś odbiegająca od wszelkich norm. W pierwszej kolejności, skąd zresztą pochodzi jego ksywa, daje się zapamiętać wzrokowo. Wszystko to przez pionowe blizny na oczach. To ślad po torturowaniu w Serbii podczas miejscowej wojny w 1995 roku, po zestrzeleniu jego samolotu i dostaniu się do niewoli. Nasz bohater już wtedy pokazał prawdziwe oblicze, pomimo wielu godzin strasznych tortur nie zdradził ani kawałku celu swojej misji. Utracił wzrok, potem szczęśliwie odzyskany z pomocą medycyny. Z wcześniejszych powieści wiemy też, że nasz bohater nie zna granic dla własnej odwagi oraz pomysłowości. W „Smoczej wyspie” nie jest sam, a swoim zdeterminowaniem i bohaterstwem zaraża pozostałych pięciu członków swojej straceńczej grupy. Z drugiej strony jeszcze większe czytelnicze wrażenie robi sceneria fabularnej opowieści. Smocza Wyspa to miejsce niepospolite w każdym calu. Nie idzie wcale o jej geograficzne położenie na samym końcu półkuli ziemskiej. To wszak pozostałość po najskrytszych tajemnicach zimnej wojny. Teren, w którym najbardziej szalone, nieobliczalne i nieludzkie idee sowieckiej władzy były urzeczywistniane. Wiele z tych pomysłów nie ujrzało światła dziennego, a niejedna skonstruowana broń nie została poddana próbie w boju. Czas książkowej akcji to właśnie ten moment, w którym na naszych czytelniczych oczach wszystkie niewyobrażalne dla przeciętnego umysłu zimnowojenne realizacje zostają sprawdzone. I przyznam, że robią wrażenie, wiele z nich nie mieści się w granicach mojej fantazji, a przecież tutaj zostały tak przekonująco i wiarygodnie namalowane. Podobnie zresztą autentyzmem tchną początkowe części książki, w których dowiadujemy się jak w prosty i efektowny sposób, niezależnie od miejsca i czasu, siły stworzonej Armii Złodziei zaczynają dysponować nieograniczonymi wręcz siłami i środkami terroru. Najmocniejsze jednak doznania pisarz ukrył w samej akcji powieściowej. Pierwszą jej cechą jest szalone tempo, z nielicznymi drobnymi chwilami oddechu, po których najczęściej następuje kolejny zwrot akcji i jeszcze większe jej przyspieszenie. Chwilami odnosi się wrażenie, że tych kilku wybranych ludzi dźwiga sytuację, które normalnie nie udźwignęłoby kolejnych kilkudziesięciu, a nawet kilkuset. A mimo wszystko autor nie przekracza granic przyzwoitości, co oznacza, że daleko mu do śmieszności. Nawet więcej, budzi podziw jak udanie w zalewie wielu innych, całkiem udanych powieści sensacyjnych, Reilly radzi sobie z pomysłem fabularnym.

„Smocza wyspa” to świetnie skonstruowana, pełna dynamicznej akcji i licznych zwrotów, powieść. Jej pomysłowość zaskakuje, a napięcie oczekiwania na dalszy przebieg zdarzeń wciska w fotel, nie pozwalając odłożyć egzemplarza książki na później. Za porządnym kawałkiem sensacji idzie także odrobina refleksji o zagrożeniach dla ludzkości, z perspektywy aktualnych wydarzeń terrorystycznych, wydaje się, że w każdej chwili dość realnych, może nie w takim wykonaniu i nowoczesnej formie. Jest jeszcze książka Matthew Reilly’ego nieobojętna na kwestie zasad etycznych, czysto ludzkich, rozumianych w sposób najprostszy jak się da, a jednocześnie namacalnie możliwych do zachowania w obliczu zagrożenia, śmierci. Gdzie honor, przyjaźń, oddanie znaczą to, co znaczą. „Smocza wyspa” to w końcu olbrzymia dawka znakomitej rozrywki, napisanej barwnym, dynamicznym językiem, budzącej wyobraźnię i pozwalającej – a takie lektury są koniecznością co jakiś czas – oderwać się od rzeczywistości, poza przestrzeń „tu i teraz”.

[dodajbox]

Zamieszczone w Baza recenzji Syndykatu ZwB i przeczytana dzięki wydawnictwu Albatros Andrzej Kuryłowicz