Recenzja: John D. MacDonald „Purpurowe miejsce zgonu”
Autor: John D. MacDonald
Tytuł: Purpurowe miejsce zgonu
Tłumaczenie: Grzegorz Kołodziejczyk
Wydawca: Albatros A. Kuryłowicz
Rok wydania: 2014
ISBN: 978-83-7885-698-6
Liczba stron: 303
Już w trakcie lektury kolejnej powieści Johna D. MacDonalda wydanej w języku polskim zastanawiałem się dlaczego dotychczas żaden amerykański producent telewizyjny nie wziął na warsztat serialowy przygód Travisa McGee. Ten bohater książek wspomnianego autora wraz ze swoimi przygodami jest tak na wskroś amerykański, że aż dziw bierze, czemu nikt nie podjął się przełożenia na język serialowy jego powieściowych historii. Nie licząc filmu telewizyjnego z głównym bohaterem w tytule z roku 1983 roku, z dość udaną rolą znanego aktora Sama Elliota, czy też innej ekranizacji poza cyklem, zatytułowanej „Przylądek strachu” z roku 1991 z Nickiem Noltem i Robertem De Niro. Nie można też zapomnieć, że był to remake wcześniejszej ekranizacji z roku 1964 z Gregorym Peckiem i Robertem Mitchumem.
Prosto i amerykańsko jest i tym razem. „Purpurowe miejsce zgonu” nie zaskakuje niczym. Począwszy od tytułu, jak zawsze w przypadku przygód Travisa McGee, pojawia się kolor. Purpura to nic innego jak barwa powstała w zderzeniu dwóch kolorów: dopiero co wschodzącego słońca i czerwonej powierzchni skał. To miejsce przyszłej śmierci głównego bohatera powieści. Oczywiście z tej śmierci nic nie wyjdzie. I nie jest to żaden spoiler, skoro omawiana powieść jest trzecią w kolejności całego cyklu z dość niepowtarzalnym bohaterem. To właśnie on, nie licząc samych fabuł powieści, jest tym, co może się w twórczości MacDonalda podobać najbardziej. Travis McGee sprawia trochę kłopotu, gdy zaczynamy się zastanawiać kim on jest w rzeczywistości. Nie jest to policjant, nie ma też licencji detektywa, sam siebie określa jako „konsultant”. I jak podaje wydawca, opierając się na innych tytułach, zajmuje się on odzyskiwaniem ukradzionego mienia, którego de facto nie da się już odebrać metodami legalnymi. A w każdej swojej powieściowej sprawie tak naprawdę natrafia na mniejsza czy większą intrygę, którą rozwiązuje swoimi metodami. Główny bohater cyklu jest takim urzeczywistnieniem amerykańskiego bohatera, dla którego liczą się najprostsze zasady (z naciskiem na jego zasady, lecz nie odbiegające od tradycyjnych norm kulturowych i społecznych) oraz wartości. Z wolnością jednostki, osoby na czele, no bo jakżeby inaczej na amerykańskim kontynencie. Jego bronią jest przenikliwy intelekt, umiejętność trafnej analizy i oceny z przewidywaniem kolejnych ruchów przeciwnika włącznie. McGee potrafi rozmawiać, a jeszcze lepiej słuchać, nie cofnie się przed wyrażeniem swojego zdania. Pełna wolność i niezależność w połączeniu z intelektem i intuicją. Oto bohater wszystkich „kolorowych” (przymiotnik stworzony od tytułów kolejnych tomów tej 21 częściowego cyklu) powieści MacDonalda. W Europie z pewnością mniej znanego, ale w USA jak najbardziej docenianego, właśnie za te typowe, mocne męskie i – powtórzę jeszcze raz – amerykańskie przymioty. McGee sytuuje się na mapie literackich bohaterów–detektywów pomiędzy Samem Spade’m z „Sokoła maltańskiego” Dashiella Hammetta i Philipem Marlowe’m z „Wielkiego snu” Raymonda Chandlera, a Jackiem Reacherem z książek Lee Childa, dla którego w latach 90-tych był literackim pierwowzorem. Miejsce, bohatera stworzonego przez MacDonalda, na piedestale najciekawszych i najbardziej zapadających w pamięci czytelniczej postaci powieści nie jest przypadkowe i celowane na wyrost.
„Purpurowe miejsce zgonu” jest książką nieprzeciętną nie tylko dzięki swojemu bohaterowi, ale także z uwagi na porządnie skonstruowaną fabułę. Już sam początek opowieści przekracza granice – tak to nazwijmy – „normy” kryminalnej historii. Oto Travis McGee przeprowadza rozmowę z atrakcyjną blondynką, która składa mu propozycję odnalezienia i odzyskania fortuny, która rzekoma miał ukryć jej mąż, w planach były mąż. Główny bohater wcale nie jest skory przyjąć tego zlecenia. Sprawę będzie jednak kontynuował wraz z pierwszym oddanym strzałem, który to dosięga Monę Yeoman, ginącą na oczach samego McGee. Jemu udaje się uciec spod kul zabójcy. Miejsce zbrodni okazuje się jednak puste, ciało kobiety znika jeszcze przed przybyciem policji. Teraz wykonanie tego zlecenia, co jednocześnie oznacza wykrycie sprawcy zabójstwa, staje się dla głównego bohatera swoiście rozumianym imperatywem. Co najważniejsze dla czytelnika, brak ciała wcale nie oznacza braku kryminalnego napięcia, zresztą przyszłym odbiorcą tej powieści mogę obiecać, że to nie jedyny trup w tej powieści. Intryga poprowadzona jest ciekawie i w odpowiednich miejscach zaskakująco, co zakłada zwroty akcji nie dające się przewidzieć.
Fabularny tok powieści z rozwiązaniem kryjącym się przed czytelnikiem prawie do samego końca książki wspomaga tak istotne u MacDonalda spojrzenie na Amerykę z łagodnej perspektywy społecznej, kulturowej i obyczajowej. Kwestie te nie są nigdy dominujące, podobnie ma się rzecz w „Purpurowym miejscu zgonu”, ale jednocześnie współgrają z motywami działań poszczególnych postaci, w tym także tych, którzy są sprawcami zbrodni. I to jest kolejna wartość dodana powieści, która jak każda dobra książka odczytywana może być z punktu widzenia uniwersalnego i tego lokalnego, charakterystycznego dla samego świata przedstawionego. Bo choć to amerykański pisarz ze swoim na wskroś amerykańskim bohaterem, działającym w amerykańskim tyglu kulturowym, to jednak równocześnie to też autor ze znakomitym warsztatem pisarskim i ciekawym pomysłem fabularnym, bohaterem uzbrojonym w zasady i umiejętności ważne niezależnie od miejsca zamieszkania, bo przecież rozpoznającym ludzkie słabości i grzechy, dzięki czemu odkryć może prawdę o zbrodni i jej wykonawcy.
Skoro więc rozpocząłem recenzję przywołaniami filmowymi, to takimi też zakończę. „Purpurowe miejsce zgonu” to kawał porządnej literatury kryminalnej, stanowiący część znakomitego cyklu powieściowego MacDonalda. Nic więc dziwnego, że w roku 2013 obiegła media informacja, że amerykańska wytwórnia filmowa Fox Searchlight Pictures rozpoczęła prace nad produkcją filmową opartą właśnie o twórczość MacDonalda i przygody Travisa McGee, do którego roli zaangażowano już Leonardo DiCaprio, a sam scenariusz powstaje pod okiem i piórem nikogo innego jak innego znakomitego pisarza kryminalnego, Dennisa Lehane. Póki więc nie wybieramy się do kina, zostają nam powieści, w tym „Purpurowe miejsce zgonu”.
[dodajbox]
Zamieszczone w Baza recenzji Syndykatu ZwB i czytane dzięki uprzejmości wydawnictwa Albatros A. Kuryłowicz.

