„Pleśń” Przemysława Żarskiego — wraca to, czego nikt nie chciał odkopać
Są powieści kryminalne, które zamykają sprawę i żegnają się z czytelnikiem. I są takie, które zostawiają go z czymś, czego nie da się już odłożyć na półkę razem z książką. „Pleśń” Przemysława Żarskiego należy do tej drugiej kategorii. Nie dlatego, że intryga jest wybitnie zaskakująca. Dlatego, że autor po raz kolejny udowadnia, że wie, czym naprawdę jest zbrodnia. Nie momentem. Procesem.
Rok temu pisałem tu o „Fermencie”, pierwszym tomie cyklu z podkomisarz Laurą Halber, i o tym, jak Żarski opowiedział Sosnowiec lat dziewięćdziesiątych bez nostalgii i bez taniego resentymentu. Jury Nagrody Kryminalnej Piły, do którego mam przyjemność należeć, wyróżniając tamtą powieść, mówiło o Sosnowcu jako o żywej, pulsującej tkance miasta. Do dziś jestem z tych słów dumny, bo miałem przyjemność móc je współtworzyć o tamtym tytule. W „Pleśni” ta sama tkanka rozciąga się szerzej, na całe Zagłębie i Górny Śląsk. Pulsuje dalej. Głębiej, boleśniej, bardziej bez znieczulenia.
Pod tą tkanką od trzydziestu lat tli się sprawa, której nikt nie umiał zamknąć. Maciek Miłek, harcerz, znika na obozie i nigdy się nie odnajduje. Ani chłopca, ani odpowiedzi. Jego starszy brat, razem ze swoimi kolegami i rówieśnikami z podwórka, dorasta w cieniu tej nieobecności, uciekając w subkulturowe wojny i w używki, bo to jedyny język, jaki wtedy rozumieli. Te wojny mają tu barykady dosłowne i przenośne. Z jednej strony ulica, mury, podwórka, na których ścierają się ze sobą wrogie subkulturowe grupy, bójka jako sposób zaznaczenia terytorium. Z drugiej barykady, których nikt nie widzi, bo stawia się je we własnym domu, między pokoleniami, między tym, co się mówi, a tym, co się przemilcza. Dziś podkomisarz Halber natrafia na szczątki pod starym domem Pudy, mężczyzny znanego z głośnego wyroku za zbrodnie seksualne wobec dzieci. Ekspertyza szybko ustala, że są to szczątki osoby dorosłej i dziecka, a ten drugi trop natychmiast przywołuje sprawę Miłka i innych chłopców, z których zaginięciem wiązano niegdyś Pudę. Co dokładnie łączy te kości z tamtą sprawą, wychodzi na jaw dopiero w toku śledztwa i tego wolę nie zdradzać. Sam Puda już nie żyje. Po wyjściu z zakładu karnego odbiera sobie życie, a jego śmierć rodzi pytanie, czy w ogóle był winny tego, za co go skazano. Do tego dochodzi żałoba Halber po własnym bracie, którego stratę poznaliśmy w „Fermencie„. To osobny, jej własny dramat, niemający nic wspólnego z bratem Miłka z tej książki, choć rymuje się z nim boleśnie.
Jako były policjant i biegły sądowy z zakresu badania dokumentów czytam takie sceny inaczej niż większość recenzentów. Identyfikacja szczątków sprzed dekad, praca z materiałem dowodowym, który przez lata leżał pod ziemią i pod warstwami kłamstw, wątpliwość co do słuszności wyroku sprzed lat — to nie efekciarstwo. Żarski rozumie mechanikę żmudnej pracy dochodzeniowej i nie zamienia jej w kostium. Najciekawsze, najlepsze w tej książce jest właśnie to mozolne docieranie po strzępach, po odpryskach czyjejś pamięci, do informacji i dowodów, które naprawdę mają znaczenie. Wie, że najtrudniejsza część śledztwa zaczyna się dopiero wtedy, gdy trzeba przyznać, że wcześniejsze ustalenia mogły być błędne. To rzadkość w polskim kryminale i cenię ją bardzo wysoko.
Warstw jest tu więcej niż jedna. Jest sprawa zaginięcia Miłka, prowadzona dziś od nowa. Jest sprawa śmierci Pudy, który przez lata nosił na sobie piętno sprawcy przestępstw seksualnych wobec dzieci i który odchodzi z tego świata, zabierając ze sobą prawdę albo kłamstwo, jeszcze nie wiadomo które. Jest wreszcie sprawa Mileny, osobna i nie mniej trudna, w której ojciec, Linde, musi wybierać między etyką zawodową a miłością do córki i jej przyszłością. Do tego dochodzi wątek osobisty samej Halber, bo bohaterka wciąż układa się z życiem po samobójczej śmierci swojej dawnej partnerki i próbuje poskładać z tego wszystkiego coś na kształt szczęścia z nową miłością, Olą. To nie jest śledztwo jednej kobiety. Żarski rozkłada ciężar tej sprawy na kilku funkcjonariuszy, u boku Halber stawia Bartosza Serafina i Adama Lindego, i każdemu z nich daje osobny kąt patrzenia na tę samą, zatrutą przeszłość.
Ale prawdziwym bohaterem „Pleśni” nie są żadne z tych spraw, które się tu ze sobą plączą, ani też sama Halber. Bo poznajemy w tej książce więcej postaci, które tkwią w tej historii równie głęboko jak ona. Prawdziwym bohaterem jest tytułowa pleśń. W połowie książki pada zdanie, które moim zdaniem jest kluczem do całej powieści. To głos narratora, opisujący stan podkomisarz Halber: „Musiała się wyżyć. Odreagować cały ten syf, który zbierał się jak pleśń z tyłu głowy”. To zdanie nie dotyczy tylko jednej policjantki w jednym trudnym momencie. Dotyczy wszystkich bohaterów tej książki, bez względu na wiek, bez względu na to, czy mówimy o dzieciach, nastolatkach i dorosłych z lat dziewięćdziesiątych, czy o nastolatkach i dorosłych z dzisiaj, noszących na sobie balast tamtych lat, bez względu na to, czy chodzi o wymiar emocjonalny, fizyczny czy psychiczny. Pleśń zbiera się w każdym. Rośnie po cichu. Wyłazi, kiedy nikt się tego nie spodziewa, i zmienia bieg czyjegoś życia.
Obraz lat dziewięćdziesiątych, jaki proponuje Żarski, jest surowy do bólu. Bez sztafażu, bez malowniczych detali, bez retro-czułości, jaką bywa naznaczona proza wspominająca tamten czas. To świat szkolnego dzieciństwa, które szybko zamienia się w wiek buntu, ale to też czas pierwszych zauroczeń, pierwszych drgnień serca, namiętności, które niekoniecznie prowadzą do dobrych decyzji. Punk, skinheadzi, starcia między wrogimi środowiskami, wolność szukana na dnie butelki albo w byle jakim towarze, siła jako jedyny dostępny język, agresja jako forma komunikacji, muzyka jako jedyna ucieczka. Pod tym wszystkim rodziny poskładane z przemocy, alkoholizmu, moralnego rozkładu i pracy, która nie daje nic poza zmęczeniem. Żarski nie osądza tego świata i nie usprawiedliwia go. Po prostu go pokazuje, tak jak jest.
Intryga, którą autor na tym wszystkim buduje, jest gęsta. Fałszywe ślady, strzępy pamięci, domysły, które prowadzą donikąd. Do samego końca nie wiadomo, kto stoi po której stronie. Może dlatego, że w tej książce nikt nie stoi po jednej stronie na stałe. Finał uderza mocno i nie oszczędza nikogo, ani bohaterów książki, ani tym bardziej jej czytelników. Dwie sceny domykają dwa główne wątki kryminalne powieści, a Żarski prowadzi je z wyczuciem różnicy między nimi. W jednym przypadku czytelnik może wyprzedzić bohaterów o krok, w drugim autor cierpliwie trzyma go w niepewności aż do ostatnich stron. W jednej z tych scen pada zresztą zdanie, które brzmi jak cicha obietnica, że na Laurę Halber i jej ludzi czeka jeszcze niejedna sprawa.
Ta wielowątkowość bywa gęsta, przyznaję. Czytelnik szukający prostej, jednowątkowej intrygi może się momentami poczuć zagubiony, zanim wszystkie nitki się zejdą. Prędko jednak widać, że to złudzenie chaosu, nie chaos sam w sobie. Żarski panuje nad każdą z tych nici i prowadzi je do celu z pełną premedytacją, a to należy mu policzyć na plus, nie na minus.
„Pleśń” to powieść o tym, że nic nie znika, jeśli się tego nie rozliczy. Że przeszłość nie gnije w ciszy, tylko pleśnieje i w końcu wychodzi na wierzch, niezależnie od tego, ile lat minęło. Żarski napisał drugi tom cyklu, który potwierdza to, co sugerował „Ferment”. To nie jest autor, który opowiada zbrodnie. To autor, który opowiada, dlaczego zbrodnie w ogóle stają się możliwe. A to jest znacznie trudniejsze zadanie.
Książka przeczytana dzięki Wydawnictwu Literackiemu.
Metryczka
Tytuł: Pleśń
Autor: Przemysław Żarski
Gatunek: powieść kryminalna
Wydawnictwo: Literackie
Rok wydania: 2026
ISBN: 978-83-08-08969-9
