„Sycyliada” – wyspa, na której zmysły stają się fabułą
Są książki, które się czyta. I są książki, które się je, pije i wącha. „Sycyliada” Daniela Wyszogrodzkiego należy do tej drugiej, znacznie rzadszej kategorii. To powieść, w której literatura przestaje być wyłącznie znakiem, a staje się bodźcem. Zapowiadana jako opowieść o mężczyźnie, który uciekł na koniec świata, okazuje się czymś odwrotnym, opowieścią o tym, jak niemożliwe jest uciec od samego siebie, nawet gdy ma się do dyspozycji całą Sycylię.
Bo Sycylia w tej książce nie jest tłem. Jest ciałem. Wyszogrodzki – tłumacz Leonarda Cohena, człowiek, który spędził życie nasłuchując rytmu słów i muzyki, jeden z moich ulubionych redaktorów muzycznych Radia 357 – opisuje wyspę tak, że kartka papieru przestaje wystarczać. Idąc razem z bohaterem, Polakiem nazywanym przez miejscowych Polacco, po urwiskach, uliczkach i tarasowych ogródkach, czytelnik nie ogląda krajobrazu – czuje go. Suchą ziemię pod stopami, sól morskiego powietrza wchodzącą w płuca, a przede wszystkim – bo to w tej prozie najsilniejszy z bodźców – smak. Smak jedzenia, które nie jest tu rekwizytem, tylko językiem emocji, i smak wina, które leje się przez tę książkę tak obficie, że można by ją czytać z kieliszkiem w drugiej ręce. Narracja działa tu sensorycznie w dosłownym sensie. Bodziec ze świata przedstawionego – dźwięk, faktura, zapach – zamknięty w literach, dociera do odbiorcy i zostaje odebrany ciałem, zanim zdąży go przetworzyć umysł. To rzadka umiejętność, żeby opis stał się doznaniem, a nie tylko jego relacją.
I właśnie ta zmysłowość jest kluczem do konstrukcji całej powieści, w której obok siebie funkcjonują dwie skale przestrzeni. Jest makroprzestrzeń – wyspa jako całość, jej historia, mitologia, geografia rozpisana na krajobrazy i miasteczka – oraz mikroprzestrzeń – „tu i teraz” jednego człowieka, jego dom nad urwiskiem, jego rutyna, jego pilnie strzeżony spokój. Wyszogrodzki prowadzi te dwie skale równolegle, pokazując, że przestrzeń geograficzna i przestrzeń wewnętrzna, emocjonalna i intelektualna, są w gruncie rzeczy tym samym terytorium, tylko oglądanym z różnej odległości.
Na tym terytorium rozgrywa się historia, która jest przede wszystkim traktatem o męskich emocjach – i to traktatem napisanym z rzadko spotykaną wiarygodnością. Polacco żyje w trzech czasach naraz. Jest przeszłość, przywoływana przyjazdem dawnej znajomej, Gai, kobiety, która okazuje się czymś więcej niż wspomnieniem, właściwie życiową miłością, której nigdy nie domknięto. Jest teraźniejszość, wykreowana i pieczołowicie pielęgnowana, hermetycznie zamknięta, jakby zabezpieczona przed powrotem tego, co minęło. I jest wreszcie przyszłość, ta, której projekt rodzi się na oczach czytelnika, w ciągu kilku dni intensywnej, naelektryzowanej relacji między Polakiem a Gają, dopełnianej przez inne, poboczne, ale nieprzypadkowe znajomości z mieszkańcami wyspy. To rzadkość, żeby męska emocjonalność została pokazana bez maski ironii czy twardości. Wyszogrodzki zdejmuje tę maskę i pokazuje, co się pod nią kryje, niepewność, tęsknotę, strach przed potrzebowaniem kogoś.
Trzecim, obok zmysłów i emocji, filarem tej książki jest intelekt, bo Polacco nie jest przypadkowym uciekinierem. Jest pisarzem, dramaturgiem, a wizyta Gai wywołuje w nim coś więcej niż wzruszenie, konfrontację z własnym ciężarem twórczej mocy i twórczej niemocy. Autor jego dramatu musi zmierzyć się z reżyserem, który ten dramat ma wystawić na scenie – i tu Wyszogrodzki wchodzi na trop odwiecznego sporu o to, kto właściwie jest demiurgiem dzieła, ten, kto je napisał, czy ten, kto nadaje mu ciało na scenie.
I byłby to spór czysto teoretyczny, akademicki niemal, gdyby autor nie ucieleśnił go w dwóch bardzo konkretnych mężczyznach. Bo Polacco dla młodej jeszcze wtedy, studiującej Gai, wychowującej już dziecko, był kimś w rodzaju wzorca mężczyzny wcielonego – wypełniał sobą i jej, i dziecka czas, był oparciem, pomocą, obecnością tak stałą, że z zewnątrz, z daleka, wielu brało ich za małżeństwo. A przecież nie było to jego dziecko, nie budowali wspólnego domu, nie byli nawet kochankami, stąd to trafne określenie, którego używam na ich relację: „kochanek-niekochanek”. I w tę misternie, acz niedopowiedzianą skonstruowaną bliskość wchodzi później mąż – reżyser z zawodu, dosłownie, ale też, jak się okazuje, reżyser całego życia Gai, jego kierunku, jego dekoracji, jego tempa. Spór o to, kto jest prawdziwym twórcą – autor dramatu czy jego inscenizator – przestaje więc być dysputą teatralną, a staje się starciem dwóch mężczyzn o to, kto naprawdę ukształtował kobietę, którą obaj kochali na swój sposób. To bardzo zgrabny zabieg. Trzeba jednak powiedzieć uczciwie, to jedyne miejsce, w którym powieść nieco się zapowietrza. Rozważania o teatrze, autorstwie i reżyserii bywają w pewnych momentach zbyt rozgadane jak na rytm reszty opowieści, to fragmenty, w których proza traci nieco z tej fizycznej bezpośredniości, która stanowi jej największą siłę.
Bo siła ta wraca z nawiązką w warstwie, której nie sposób pominąć milczeniem – zmysłowej aż po granice erotyzmu. Napięcie między Polakiem a Gają, emocjonalne i cieleśnie namacalne zarazem, narasta z każdym rozdziałem, wciągając czytelnika w rolę kogoś więcej niż obserwatora. Wyszogrodzki buduje je z uporem winiarza doglądającego fermentacji, cierpliwie, zmysł po zmyśle, aż w pewnym momencie każe mu znaleźć ujście. Jakie? To pozostawię czytelnikom jako zagadkę. Powiem tylko, że scena, w której napięcie się wreszcie rozładowuje, zaskakuje, i wcale nie idzie tą ścieżką, którą podpowiada wyobraźnia rozgrzana kolejnymi rozdziałami.
Warto na koniec zapytać, co ta książka robi na blogu poświęconym literaturze kryminalnej. Odpowiedź brzmi, więcej, niż mogłoby się wydawać, i to za sprawą samego słońca. Bo słońce, które w tej prozie z początku wydaje się wyłącznie źródłem życia – witalne, jasne, śródziemnomorskie, niemal namacalne w swojej dobroczynności, z każdym kolejnym rozdziałem zmienia charakter. Zaczyna palić. Zaczyna niszczyć. Wyszogrodzki najpierw uwodzi tym słońcem, by potem przypomnieć, że to ten sam żar, który wypala Saharę i pcha przez Morze Śródziemne ludzi uciekających z Afryki, że Sycylia leży na styku dwóch kontynentów i dwóch temperatur losu: tej wypoczynkowej, turystycznej, i tej desperackiej, śmiertelnej. Częste przywołania Afryki i Sahary nie są tu ornamentem geograficznym, tylko przypomnieniem, że blask, w którym kąpie się bohater, jest tym samym żarem, który kilkaset kilometrów dalej staje się bronią. To właśnie w tym miejscu „Sycyliada” najbliżej podchodzi do klimatu noir. Nosi w sobie demony rodem z gatunku – przemyt ludzi na wyspę, przemoc wobec kobiet ukrytą w środowisku artystycznym, wreszcie nienazwane traumy, które wracają wtedy, gdy bohater najmniej się ich spodziewa. To proza pełna niepokoju przykrytego słońcem, słońcem, które oślepia nie tylko metaforycznie, a to właśnie ten rodzaj mroku, który od lat najbardziej mnie interesuje.
Czy to powieść bez skazy? Nie do końca, jak już sygnalizowałem, wątek teatralny bywa przegadany, a miejscami autor zbyt mocno wierzy w siłę własnej metafory wina. Ale to zarzuty drugorzędne wobec tego, co „Sycyliada” robi naprawdę, i naprawdę dobrze. To lektura zdecydowanie bardziej udana niż niedoskonała, prowadzona wakacyjnym, niespiesznym rytmem, w którym nawet dramaty rozgrywają się w tempie sjesty i wieczornego aperitivo. To rytm, który wybacza jej drobne potknięcia i sprawia, że sięga się po nią właśnie wtedy, gdy chce się zwolnić. Dla miłośników włoskiej kuchni, dla tych, którzy lubują się w smakowaniu wina i którym samo wspomnienie włoskiego słońca poprawia humor, to lektura wręcz obowiązkowa, rzadko która książka tak skutecznie przenosi czytelnika na tarasy nad morzem. A poza tym wszystkim czytelnik – tak jak jej bohater – wychodzi z tej lektury z piaskiem między palcami, smakiem soli na wargach i pytaniem, którego sam sobie długo nie zadawał.
Książka przeczytana dzięki Wydawnictwu Marginesy.
Metryczka
Tytuł: Sycyliada
Autor: Daniel Wyszogrodzki
Gatunek: powieść obyczajowa
Wydawnictwo: Marginesy
Rok wydania: 2026
ISBN: 978-83-68753-51-6
