To nie był zapach śmierci – „Dahmer. Prawdziwa historia seryjnego mordercy”
Są książki true crime pisane z odległości archiwum — z akt, wyroków, protokołów, z bezpiecznego dystansu dwudziestu czy trzydziestu lat, kiedy wszystko już wiadomo i pozostaje tylko ułożyć to w porządną narrację. I są takie, które ktoś napisał, bo o wpół do dwunastej w nocy odebrał telefon, wciągnął na siebie pierwsze ubranie leżące przy łóżku i pojechał pod wskazany adres, nie mając pojęcia, dokąd jedzie. „Dahmer. Prawdziwa historia seryjnego mordercy” Anne E. Schwartz należy do tej drugiej rodziny i to jest jej fundament — a także, jak się okaże, źródło zarówno jej największej siły, jak i jej najbardziej kłopotliwych miejsc.
Rzecz w tym, co znaczy „być tam”. Schwartz była reporterką kryminalną „Milwaukee Journal”, miała w mieście źródła w policji, a w lipcu 1991 roku jedno z nich zadzwoniło do niej, zanim na miejsce zdążyła dotrzeć prasowa reszta świata. Weszła do mieszkania 213 przy North 25th Street, kiedy jeszcze nikt nie wiedział, co właściwie zostało tam znalezione. Wyszła z niego jako ostatnia osoba spoza policji. To nie jest przewaga barwnego szczegółu, choć łatwo ją tak potraktować. To przewaga źródła, która rozciąga się na całą książkę: rozmowy z detektywami, którzy zbierali zeznania, z medykiem sądowym, który identyfikował szczątki, z obrońcą, który przez dwa lata odwiedzał skazanego w więzieniu, z prokuratorem, z policjantami z pierwszego patrolu, wreszcie z samym sprawcą, który zadzwonił do niej z zakładu karnego, żeby powiedzieć jedno zdanie o tym, kto ponosi odpowiedzialność. Żaden autor pracujący później na cudzych ustaleniach nie ma i mieć nie może takiej faktury.
Ale bezpośredniość jest bronią obosieczną i uczciwość każe to powiedzieć od razu. Jako rekonstrukcja sprawy — chronologia zbrodni, mechanika śledztwa, przebieg procesu — książka Schwartz nie jest ani najgłębsza, ani najbardziej analityczna z tego, co o Dahmerze napisano. Miejscami ma rytm reporterskiego notatnika: gęsty od nazwisk, funkcji i dat, poprowadzony z tempem, które służyło deadline’owi, nie eseistyce. Kto sięga po nią po odpowiedź na pytanie „dlaczego”, wyjdzie z niczym. To akurat nie jest zarzut. Wrócę do tego, bo ta bezradność należy do najuczciwszych rzeczy w całej książce. Natomiast kto sięga po nią po systematykę, po chłodne rozłożenie sprawy na czynniki pierwsze, ten pomylił adres. Najlepsze partie „Dahmera” leżą zupełnie gdzie indziej niż tam, gdzie kierują czytelnika okładka i opis wydawcy.
Leżą w tym, co dzieje się z autorką. To teza, przy której chcę się zatrzymać najdłużej, bo uważam ją za sedno tej książki.
Schwartz pisze o sobie wprost, bez asekuracji, bez tego literackiego chowania się za trzecią osobą, które w reportażu bywa udawaną skromnością. Opisuje, że nie zajrzała do lodówki — nie z braku odwagi, lecz dlatego, że nie wiedziała, co potem będzie jej wracać w nocy. Dodaje trzeźwo, że dziennikarstwo uczestniczące ma swoje granice. Opisuje, że stojąc na korytarzu, z notatnikiem pełnym własnych hieroglifów, bała się bardziej niż wtedy, gdy przystawiano jej do głowy broń. Opisuje absurdalną, na wpół żartobliwą, a jednak szczerą myśl, która przyszła jej do głowy o czwartej nad ranem, gdy patrzyła na ludzi wchodzących do budynku w kombinezonach ochronnych, podczas gdy ona sama była w środku w letnich ciuchach. Zapisuje wreszcie zdanie, które sama uznaje za brzmiące nieczule, a które jest najbardziej odsłaniającym momentem całego tomu: że wiedziała już wtedy, iż to jest temat życia. Że właśnie ta świadomość pozwoliła jej przetworzyć wszystko, co zobaczyła.
To nie jest projekt literacki. To jest czyste „ja” człowieka, który stanął zbyt blisko zła i musiał coś z tym zrobić natychmiast, w biegu, bo o siódmej rano wychodziło wydanie. Zawodowa procedura jako mechanizm obronny — pisz, notuj, dzwoń, sprawdzaj, bo dopóki pracujesz, nie musisz czuć. Znam ten mechanizm z innej strony służbowego biurka. Wiem, jak dobrze działa i jak późno przychodzi rachunek. Schwartz nie ubiera go w metaforę. Kładzie go na stole i mówi: tak to u mnie wyglądało. Trzydzieści lat później dopisuje, że zapach tamtego korytarza wraca jej przy zwykłych domowych czynnościach, a jeden z detektywów, z którymi rozmawia, przyznaje to samo — wystarczy przypadkowa woń środka czyszczącego i jest z powrotem w tamtym mieszkaniu. A tam nie było zapachu śmierci. To jeden z najbardziej niepokojących drobiazgów w tej książce. Każdy, kto ma za sobą oględziny, wie, że tamtego zapachu nie da się pomylić z niczym innym. Tam był zapach chemiczny, słodkawy, obcy. Coś, co nie mieściło się w żadnej dotychczasowej kategorii doświadczenia. Ta jedna obserwacja mówi o sprawie Dahmera więcej niż niejeden rozdział o psychopatologii.
Drugim wielkim tematem tej książki — moim zdaniem ważniejszym niż sam sprawca — jest fascynacja. Chora, niewytłumaczalna, powszechna. Schwartz nie ucieka od niej i nie ustawia się ponad nią, co czyni ją świadkiem znacznie wiarygodniejszym, niż byłaby, gdyby postanowiła moralizować. Opisuje więc, jak w redakcji krążył firmowy biuletyn chwalący się rekordową sprzedażą nakładu w tygodniu odkrycia. Jak strażnicy poprosili zatrzymanego o autograf. Jak przed budynkiem przy North 25th Street ustawiała się kolejka samochodów z kamerami, a ludzie robili sobie pamiątkowe zdjęcia. Jak telewizja transmitowała egzorcyzmy odprawiane w tamtym mieszkaniu, bo — cytując ówczesnego szefa serwisu — to była po prostu dobra telewizja. Jak talk-show ogólnokrajowy zorganizował odcinek pod tytułem sugerującym rodzicom, że mogą właśnie wychowywać kolejnego Dahmera. Jak na każde posiedzenie przychodziła kobieta zupełnie postronna, którą dziennikarze ochrzcili między sobą przezwiskiem „the Ghoul”, Trupojad: spoufalała się z nimi, zbierała wizytówki, wypytywała o te drastyczne szczegóły, które nie przeszły do druku. Podśmiewali się z niej wszyscy. Schwartz od razu jednak ten śmiech sobie odbiera. W tej samej sali siedziały rodziny ofiar, dla których samo przebywanie w jednym pomieszczeniu ze sprawcą było ponad siły. Rozbawiony dziennikarz w ich polu widzenia nie miałby żadnego usprawiedliwienia.
A potem Schwartz robi rzecz, na którą stać niewielu: przyznaje, że sama jest w środku tego mechanizmu. Że kiedy koledzy po fachu wypalali się po pół roku, ona czekała na każdy kolejny dzień procesu z rosnącą ciekawością. Że dziennikarze śmiali się między sobą, iż też chcieliby mieć ten autograf obok własnej sygnatury pod tekstem. To zdanie kosztuje. Ona je napisała.
Tu dochodzimy do granicy jej możliwości poznawczych, którą uważam za najbardziej poruszające miejsce książki. Schwartz próbuje zrozumieć źródło tego głodu. Wraca do niego kilkakrotnie, obraca go, nazywa łapczywością nie mniejszą niż łapczywość sprawcy. Nie pojmuje. Ani jako redaktorka, która przez trzydzieści lat obserwowała, jak zmienia się próg tolerancji mediów na drastyczność, ani po prostu jako człowiek. Zostaje z konstatacją zamiast z wyjaśnieniem. Uważam to za reakcję właściwą; każda inna byłaby fałszem. Ale warto zauważyć, jak wiele ta bezradność mówi o gatunku: książka o seryjnym mordercy nie potrafi wytłumaczyć, dlaczego ktokolwiek ją kupuje.
Zwłaszcza że sama jest sprzedawana dokładnie tym mechanizmem. Rzecz warta prześledzenia, bo widać ją gołym okiem w migracji tytułów. Pierwsze wydanie z 1992 roku nosiło tytuł opisujący czyn i przymus sprawcy — długi, niewygodny, wskazujący na to, co się stało. Wersja z 2021 roku, uzupełniona o nową przedmowę i rozdział domykający, skróciła to do jednego rzeczownika, który w międzyczasie zdążył stać się marką. Polski wydawca poszedł dalej i postawił na początku nazwisko. Każdy kolejny krok przesuwa środek ciężkości: od czynu — do etykiety — do nazwiska, które sprzedaje się samo. A nota wydawnicza domyka rzecz bez ogródek, polecając książkę jako lekturę obowiązkową dla widzów serialu. Nie mam pretensji do wydawców za to, że chcą sprzedać książkę. Mam natomiast poczucie osobliwej ironii w tym, że tom diagnozujący rynkową eksploatację cudzej tragedii sam jest na ten rynek podawany wedle jego reguł. Podejrzewam, że autorka, która o filmowych i serialowych adaptacjach tej sprawy wypowiadała się później krytycznie, ma z tym kłopot większy niż ktokolwiek inny.
Zostaje warstwa dla mnie — jako dla byłego policjanta — najtrudniejsza. Najuczciwiej będzie powiedzieć, że mam z autorką spór.
Sprawa Dahmera to nie jest wyłącznie sprawa jednego człowieka. To jest sprawa systemu, który miał kilkanaście okazji, żeby zadziałać, i nie zadziałał ani razu. Sąd, kurator, patrol, procedura, dzielnica, w której smród na klatce schodowej nie był anomalią, tylko tłem. Jest w tej książce moment, wokół którego obraca się cała jej etyka: majowa interwencja przy czternastolatku, który wybiegł na ulicę i został oddany z powrotem człowiekowi, który go zabił. Schwartz opisuje ten epizod i jego konsekwencje rzetelnie — zwolnienia, komisje, protesty, przywrócenie policjantów do służby wyrokiem sądu, spór o rasizm i homofobię, który rozerwał miasto na pół i przebiegł także przez samą komendę, dzieląc funkcjonariuszy według koloru skóry. Rozdziały o Milwaukee, o tym, co zbrodnia zrobiła ze wspólnotą, o dzieciach chodzących na terapię i o telefonach na infolinię kryzysową, są w mojej ocenie najlepszymi rozdziałami tej książki. To one uzasadniają jej istnienie.
Ale czuć w niej także ciążenie lojalności. Schwartz po latach przeszła na drugą stronę: odeszła z redakcji i została rzeczniczką prasową policji w Milwaukee, a później zaczęła szkolić funkcjonariuszy, szeryfów i prokuratorów w kontaktach z mediami. Nie jest to zarzut, tylko fakt, który ma konsekwencje dla tekstu. Widać je w doborze cytatów zamykających spór, w tym, komu przyznaje się ostatnie zdanie, w wyraźnej sympatii dla tezy, że wszyscy oceniający sprawę z perspektywy czasu są jedynie mądrzy po fakcie. Rozumiem ten odruch dobrze, może aż za dobrze. Widziałem, ile kosztuje służba i jak łatwo z zewnątrz orzeka się o decyzji podjętej w czterdzieści sekund, w nocy, przy niepełnej informacji. A jednak od książki, która sama stawia sobie za cel drążenie pytania „dlaczego”, oczekiwałbym, że napięcia nie domknie. Że pozostawi je otwarte, tak jak zostawia otwartą kwestię motywacji sprawcy. Bo pytanie, czy tamta interwencja potoczyłaby się identycznie, gdyby zamienić kolory skóry uczestników, nie jest pytaniem publicystycznym. Jest pytaniem o jakość procedury i o to, czy szkolenie ma jakikolwiek wpływ na to, co funkcjonariusz widzi, zanim zdąży pomyśleć. Schwartz to pytanie przytacza. Nie stawia go od siebie.
Jest za to jeden gest, za który tej książce należy się szacunek bezwarunkowy. Schwartz konsekwentnie wraca do ofiar jako do ludzi, nie jako do numerów w wyliczeniu. Przywołuje rodziny, ich zdjęcia, ich telefony do policji, ich lata czekania, przypina im imiona i biografie. Pisze, że w miarę postępu identyfikacji chęć zdobycia wielkiego tematu ustępowała w niej smutkowi, kiedy kolejna rodzina opowiadała o życiu, które zostało wygaszone. Zamyka wreszcie rzecz aneksem, który jest najmocniejszym zdaniem całej książki, choć składa się z suchej listy: sprawca zakładał, że wybiera ludzi, za którymi nikt się nie obejrzy. Mylił się. Ktoś się obejrzał — za każdym z nich. Trzydzieści lat później ta lista jest jedyną formą sprawiedliwości, jaka pozostała. Dobrze, że autorka postawiła ją na końcu, a nie na początku, gdzie byłaby dekoracją.
Czy warto sięgnąć po tę książkę? Tak, choć nie z powodów, dla których się ją reklamuje. Nie jako najpełniejsze opracowanie sprawy, bo nim nie jest. Nie jako odpowiedź, bo odpowiedzi nie ma. Schwartz uczciwie to przyznaje, przytaczając słowa kryminologa, który powiedział jej wprost, że jej wysiłek jest daremny, bo w tłumie ludzi o podobnym profilu nie da się wskazać tego jednego. Warto dlatego, że jest to jedyne świadectwo tej sprawy złożone przez kogoś, kto przekroczył próg tamtego mieszkania i nigdy do końca nie wrócił. Kogoś, kto miał odwagę opisać nie tylko to, co tam zobaczył, ale też to, co ta obecność zrobiła z nim samym. Autorka deklaruje na koniec, że będzie zadawać pytanie „dlaczego” dalej, mimo pełnej świadomości, że odpowiedź nie przyjdzie. W literaturze faktu o zbrodni to jest postawa warta więcej niż cudza pewność.
Przeczytane dzięki Wydawnictwu Filia
Metryczka
Tytuł: Dahmer. Prawdziwa historia seryjnego mordercy
Autor: Anne E. Schwartz
Gatunek: true crime, literatura faktu
Wydawnictwo: Filia
Rok wydania: 2026
ISBN: 978-83-8441-360-9
