Świąteczna zbrodnia bez napięcia. Największe rozczarowanie Camilli Läckberg?

Lektura tej książki, jak głosiły liczne reklamy w mediach, miała być wyjątkowym czasem w trakcie wolnych chwil świątecznych Bożego narodzenia. Jak głosiła znakomicie widoczna, czerwono kolorowa nalepka na okładce, ta książka miała być wyjątkowym prezentem. Do mnie trafiła wraz z kolejnymi moimi urodzinami. Na szczęście jednak, nie przeczytałem jej w czasie urodzinowym przed świętami, z jeszcze większym szczęściem świąteczne lektury objęły inne lektury. „Zamieć śnieżną i woń migdałów” Camilli Läckberg przeczytałem dopiero w przełomie starego i nowego roku. Szczęśliwie więc nie zepsułem sobie czasu urodzin, ani świąt. Tym razem „mistrzyni” skandynawskiego kryminału rozczarowała. Ta niewielka rozmiarami książeczka, dla mnie będąca nie powieścią, ale rozbudowanym opowiadaniem, pomimo druku z cyklu wydawniczego „czarna seria”, ani nie zaintrygowała, ani nie dotknęła ciemnej strony ludzkiej natury, ani też nie okazała się literacką przygodą, zapierającą dech czytelniczy. 
 
Wyjściowy pomysł na opowiadaną historię nie jest innowacyjną myślą Läckberg. Oto w okresie przedświątecznym, dodajmy najbardziej rodzinnych świąt Bożego Narodzenia, na uroczystej kolacji, dodajmy odbywającej się w dawnym ośrodku kolonijnych na wyspie Valö, goszczącej całą rodzinę Liljecronas, umiera senior rodu. Szybko wszyscy dowiadują się, dzięki Martinowi Mohlin, że nie jest to śmierć naturalna, lecz morderstwo. Ten młody policjant, dalszy bohater słynnej sagi o Fjällbace, kolega z komisariatu Patrika Hedströma, podejmuje, wiedziony obowiązkiem służbowym, śledztwo. Tak więc mamy sytuację znakomicie znaną z powieści kryminalnych Agathy Christie. Przywołam choćby dwa tytuły ze słynnym bohaterem literackim detektywem Herkulesem Poirot: „Morderstwo w Boże Narodzenie” i „Tajemnicza historia w Styles”. I na tym kończą się podobieństwa. Camilla Läckberg to nie Agatha Christie, a Martin Mohlin to nie Herkules Poirot. Niestety.
 
Wyspa Valö z dawnym ośrodkiem kolonijnym, a dziś ośrodkiem wypoczynkowym, nie ma klimatu ani tym bardziej tajemnicy. To miejsce obce uczestnikom feralnej kolacji, co w istotny sposób odziera możliwości przedstawienia choć części postaci na tle ich społeczne roli i miejsca, co czyniła angielska mistrzyni kryminału. Wyspa u autorki „Księżniczki z lodu”, gdy spojrzeć na wszystkie jej powieści, jawi się jako swoisty archetyp. Na marginesie nadaje się to zagadnienie na co najmniej filologiczną pracę licencjacką. W przypadku książeczki „Zamieć śnieżna i woń migdałów”, wyspa w połączeniu z zamiecią śnieżną i skutym lodem na morzu, jawi się wyłącznie jako swoiste topograficzne zamknięcie akcji w obszarze wyłącznie budynku. Pisarka w żaden sposób nie wykonała kroku dalej, by tym zamknięciem miejsca akcji „podkręcić” atmosferę tajemnicy, grozy lub osaczenia. Dla mnie osobiście zabawne jest to, że jedynie kilkukrotnie przywoływane epizody z chłodnią, miejscem przechowywania w tym przypadku zwłok, robiło jakieś mocniejsze wrażenie. A przecież we Fjällbace autorce takie miejsca „wychodziły” niejednokrotnie stanowczo z powodzeniem. Ale największa słabość nieudanego stworzenia klimatu opowiadanej historii ukrywa się w zarysowanych przez Läckberg postaciach. Począwszy od policjanta Martina Mohlina. Słaby to bohater i literacko, i psychologicznie. Jak dla mnie zbyt zmęczony, zbyt często myślący o kawie, dosłownie. Nie ulega wątpliwości, że tak naprawdę to jego pierwsze samodzielne śledztwo, w dodatku w tak trudnych warunkach, bez jakiegokolwiek wsparcia. Powtarzanie jednak z jednej strony jak zrobiłby to Patrik, a z drugiej strony żałowanie, że go nie ma tutaj i teraz, nie wystarczą, by przekonująco zbudować postać literacką. Szkoda, że autorka „Kamieniarza” nie dała temu policjantowi choć odrobinę więcej umiejętności czytania ludzkich zachowań i słów. Zupełnie inaczej i z o wiele większym zaciekawieniem czytałoby się tą książkę, gdyby autorka zmusiła nas do odczytywania nie tego, co widoczne, ale tego co ukrywa się za fasadą gestów, zdań i sądów. A tak, pozostali bohaterowie także są w większości przypadku zbyt mdli, zbyt mało narzucający się jako ewentualni mordercy. Jeśli nawet jednak odrzucilibyśmy myśl, że każdy mógł zabić, to w każdym powinniśmy widzieć co najmniej winnego. Läckberg miała taki zamysł, niewątpliwie, pokazać w obliczu zbrodni prawdziwą twarz rodziny Liljecronas. Takie momenty budzą przecież i demony, i wyzwalają prawdziwe emocje oraz reakcje. Mamy kilka scen, mamy kilka mocniejszych wymian zdań między członkami rodu. Mam jednak wrażenie, że gdy już zaczyna iskrzyć, gdy odarte z pozorów osoby wchodzą w interakcje pozwalające na kolejny krok w dedukcji śledczej, pisarka cofa się. I znów odzywa się wówczas zagubienie młodego policjanta Martina Mohlina. 
 
Intryga słaba, nie wciągająca, bohaterowie papierowi, może z wyłączeniem Matta i Bernarda, najciekawszych postaci tej książki, klimat kryminalnej zagadki, pomimo ograniczenia czasu i przestrzeni nie odczuwalny. Wydawca, pisząc na okładce „Uwięzieni w domu goście czują na plecach oddech śmierci….”, wyjątkowo wprowadza przyszłych czytelników w błąd. Tego „oddechu” nie ma. Nie ma tej tajemnicy i odkrywania krok po kroku, mając ciągle zmieniające się na wyciągnięcie ręki, rozwiązanie sprawy. Nie ma tego, co analogicznych historiach daje mistrzyni kryminału.
I nie ma usprawiedliwienia dla Camilli Läckberg. Gdy pisała tą małą rzecz „Zamieć śnieżna i woń migdałów”, była już autorką czterech powieści, każdej kolejnej coraz lepszej. Była pisarką świadomą, nie przypadkiem wybrała taki pomysł na świąteczną historię. Podjęła rękawicę z legendą literacką i…przegrała. Choć z pewnością wygrała finansowo i marketingowo, ale czy o to chodzi nam czytelnikom?