Recenzja: Dror A. Mishani „Chłopiec, który zaginął”
Autor: Dror A. Mishani
Tytuł: Chłopiec, który zaginął
Tłumaczenie: Anna Halbersztat, Bartosz Kocejko
Wydawca: Wydawnictwo W.A.B.
Rok wydania: 2013
ISBN: 978-83-7747-879-0
Liczba stron: 287
„Nadzwyczajna książka! Niesłychanie intersujący kryminał! Dror Mishani pisze niekonwencjonalnie i oryginalnie” – to słowa samego Henninga Mankella, umieszczone na okładce książki debiutującego na polskim rynku wydawniczym Dror’a A. Mishani powieścią pt. „Chłopiec, który zaginął”. Dla mnie nie było większej rekomendacji, by sięgnąć po ten tytuł. Choć miłośników szwedzkiego mistrza ostrzegam, powieść Mishani jest inna niż większość skandynawskim literackich produkcji kryminalnych. I w tej inności wygrywa czytelniczo.
„Chłopiec, który zaginął” jest kryminałem, który zwłaszcza pod względem zaproponowanej narracji wyróżnia się na tle licznych, corocznie wydawanych tytułów. Miłośników awangardowych, nietypowych rozwiązań narracyjnych uprzedzam jednak, narrator tej powieści jest klasycznym obserwatorem, piszącym w trzeciej osobie. Tu nie ma też tutaj jakichkolwiek nowinek formalnych czy językowych. Powieść zaś wyróżnia się ścisłym powiązaniem narracyjnego spojrzenia z perspektywą widzenia rzeczywistości, jaka jest udziałem dwóch bohaterów książkowych. O ile zrozumiałe jest przedstawianie rzeczywistości śledztwa i otoczenia z perspektywy prowadzącego go policjanta, Awima Awrahama, co jest klasycznym rozwiązaniem od wielu lat występujących w kryminałach To już prawie od pierwszych kart powieści zastanawia perspektywa narracyjna prowadzona wraz z postacią Ze’ew Awniego, niemającego u samych podstaw opowiadanej historii związku z nią. Muszę powiedzieć, że ten bohater jest tym reprezentantem świata przedstawionego, który od samego początku powieści zaciekawia, a nawet drażni i męczy. Męczy intelektualnie, dając podwaliny do nieustannego zastanawiania się na ile i w jaki sposób wiąże się jego osoba z intrygą kryminalną. Drażni postawą emocjonalną i charakterem swoich działań. Wyraźnie widać w nim dążenie do uczestnictwa w śledztwie, przecież powiadamia dość szybko policję anonimowym telefonem z informacją, gdzie mają szukać ciała chłopca. Jeszcze bardziej zależy mu na kontakcie, dialogu z prowadzącym śledztwo oficerem, Awim. Aranżuje spotkania, pojawia się wszędzie tam, gdzie jest śledczy, ale nie chodzi mu o zwykły kontakt. Ze’ew wybiera Awrahama do swoistego dialogu i gry (o czym w dalszej części niniejszego tekstu). Ta sytuacja przed czytelnikiem jawi się jako ciekawe zmagania o rozwiązanie śledztwa. Awraham przez długi czas nie dostrzega znaczenia i sensu zachowania Ze’ewa, choć ten z punktu widzenia prowadzonego postępowania jest potencjalnie ważnym świadkiem i źródłem informacji. Jest sąsiadem zaginionego, był korepetytorem i jak mocno sugeruje zawiązać się miała między nimi jakaś mocniejsza nić emocjonalna. Widzimy jednak postać kierującego sprawą policjanta przez pryzmat jego wewnętrznych rozterek, analizy poczynionych błędów i coraz bardziej dramatycznego napięcia związanego z beznadzieją wykonywanych czynności i zdobywanych ustaleń. Obydwaj narracyjni bohaterowie, nie dosyć, że prowadzeni są w fabule na zasadzie dialogu, w którym dychotomiczne cechy łączy wspólny temat intrygi – zaginięcia i losów chłopca, to jeszcze w obrębie swoich małych światów posiadają osobowe kontrapunkty. Dla policjanta jest nim jego przełożona, Ilana, choć w końcowej części zastąpi ją Marianka, policjantka z policji belgijskiej, urodzona w Słowenii. Na marginesie, zdaje się, że zapowiadająca inną opowieść w kolejnym tytule książkowym. Dla Ze’ewa kontrapunktem jest żona, która zostaje doświadczona jego własnym zachowaniem i wizją, ale jednocześnie zostaje przy nim i pomaga zapanować nad szaleństwem myśli i sytuacji. Więcej pisać nie mogę, nie potrzebnie zdradzając ciekawe i skomplikowane zależności i relacje, jakimi powiązał swoich bohaterów Mishani.
Takie przedstawienie dwóch głównych postaci powieści to także siła napędowa zupełnie innej strony książki. Bo przecież u Mishaniego Ze’ew wybiera Awrahama do swoistego dialogu i gry – pozwolę ją sobie określić złożeniem – intelektualno-artystycznej. I w tym momencie pojawia się ta inna powierzchnia recenzowanego tytułu, nie ta stricte kryminalna z dążeniem do rozwiązywania intrygi, lecz o wartości artystycznej i metaliterackiej. Nie jest jednak sztuczny podział, lecz oba zagadnienia są ze sobą ściśle splątane. Można powiedzieć, że całość powieści naznaczona jest symboliką trzech scen. Pierwszej, w której, przyjmujący zawiadomienie o zaginięciu chłopca, policjant zadaje pytanie, dlaczego nie ma kryminałów po hebrajsku. I sam odpowiada, że w Izraelu nie ma tego typu przestępstw. I ta odpowiedź przez wiele kart książki i rozmyślań Awrahama nosi własność zaklęcia. I de facto przewrotnie sprawdza się, ale dość o tym, bo łatwo zepsuć przyjemność lektury i zaskoczenia. Drugą sceną, uczestniczącą w spinaniu całej narracji jest szalona, aż trudna do uwierzenia scena pisania (i ich przekazywania) fałszywych listów przez Ze’ewa, w imieniu zaginionego Ofera do jego rodziców. A wszystko to dla…sztuki pisarskiej, dla „genialnego” pomysłu, pozwalającego stać się pisarzem. W dodatku na wzór listów Franza Kafki. Całość tego ciekawego pomysłu metaliterackiego zamyka kolejny, ostatni list zaginionego Ofera do rodziców, pisany ręką policjanta. W tym miejscu dopiero, na kilka kartek przed końcem książki, zrozumieć można w pełni tytuł „Chłopiec, który zaginął”. I połączyć oraz oddzielić dwie rzeczywistości opowiadanej historii.
Dużą wartością omawianej powieści jest jej niecodzienne stworzenie i poprowadzenie intrygi kryminalnej. Trzeba zważyć, że samo jej zawiązanie odbywa się w sposób mało efektowny i na dodatek niezbyt efektywny. Matka zgłasza zaginięcie szesnastoletniego syna, Ofera, który miał wyjść rano do szkoły, lecz nie dotarł do niej i nic więcej nie wiadomo na temat tego czy żyje, gdzie przebywa i co robi. Przez wiele kart książki sprawa nie posuwa się do przodu, gdzieś oczywiście przysłowiowo wisi w powietrzu napięcie, że skoro to kryminał to coś musiało się stać Oferowi. Ciekawe jest to, że chyba tak naprawdę to czytelnik najbardziej oczekuje znalezienia ciała zamordowanego zaginionego chłopca lub kolejnego zniknięcia młodego człowieka, co kierowałoby nas w stronę zabójcy, seryjnego zabójcy. I nawet jeśli inni policjanci z posterunku w Cholon pod Tel Awiwem zaczynają zakładać taką wersję wydarzeń, to Mishani tak prowadzi opowieść, że tylko czytelnik rzeczywiście czeka na obrazy, wprowadzające na scenę zabójcę. I nie doczeka się. I prawie do samego finału wielu czytelników nie pozna prawdy, a jeśli ją nawet pozna, to tylko częściowo, w sposób zamaskowany. A napięcie budowane w powieści nie jest sinusoidą, lecz wyraźnie, mimo drobnych wahań, rośnie, rośnie, oszczędnie budując wcale mała tajemnicę.
„Chłopiec, który zaginął” jest ciekawym tytułem, zważywszy jeszcze na pochodzenie jego autora i miejsce akcji – Izrael. Nie liczmy może na zupełną wycieczkę krajoznawczą. Mishani nie wybrał prostej drogi, okolice Tel Awiwu nie zostały użyte jako samograj dla czytelników europejskich czy amerykańskich. To Izrael subiektywnie widziany oczami głównie najważniejszego bohatera, Awrahama. Z małą ironią „zafiksowania” na Arabów, lecz wyraźnie bez jakichkolwiek przywołań politycznych czy ideowych. Wyczuwamy jednak delikatnie narysowany klimat tej ziemi i jej ludzi. A ponieważ powieść kończy się słowami „ciąg dalszy nastąpi”, możemy oczekiwać kolejnych interesujących zderzeń osobowości, zatopionych w izraelskim tyglu kulturowym, w którego to języku hebrajskim pisze się jednak dobre kryminały.
Zamieszczone w Baza recenzji Syndykatu ZwB

