Recenzja: Tomasz Białkowski „Kłamca”

Autor: Tomasz Białkowski
Tytuł: Kłamca 
Wydawca:  Szara Godzina
Rok wydania: 2012
ISBN: 978-83-935772-3-1
Liczba stron: 252


„Kłamca” Tomasza Białkowskiego, drugi tytuł w kolejności cyklu kryminalnego, wydaje się być jego najlepszą książką, choć osobiście uważam, że największy potencjał (niestety trochę zmarnowany) na znakomitą powieść ukrywa się w „Królu Tyru”, o czym napiszę w innym poście. 
 
Spostrzeżenie o książce rozpocznę od rzeczy niezbyt odkrywczej i dostrzeżonej przez wielu czytelników omawianej powieści. Białkowski w „Kłamcy” wyraźnie inspiruje się najgłośniejszymi powieściami Dana Browna. Mam na myśli dobór bohaterów, tematykę oraz atmosferę opowiadanej historii. W tym wszystkim dodatkowo wyraźnie widoczne jest oparcie się na literackim schemacie, z którego korzystał także autor „Kodu Leonarda da Vinci”. Moim zdaniem, nie stanowi to wcale o niskiej jakości książki, bo w literaturze kryminalnej operowanie schematem jest czymś naturalnym. Zresztą, gdyby oceniać wszystkie pojawiające się tytuły głównie z użyciem kryterium innowacyjności w zakresie strukturalnym, to olbrzymia, stanowczo przeważająca większość tytułów musiałaby znaleźć się w czytelniczym niebycie. Wartość literatury, a w szczególności pojedynczego dzieła, jest bardziej złożona i obejmuje różne zagadnienia i kwestie. 
 
W przypadku „Kłamcy” największą zaletą powieści jest jej mocne otwarcie się na czytelnika i jego osobistą kryminalną przygodę literacką. Białkowski tak prowadzi narrację, by prawie do końca przedstawianej historii odbiorca mógł aktywnie uczestniczyć w wirtualnym śledztwie, mającym na celu odkrycie całej prawdy o zdarzeniach i wskazaniu rzeczywistego sprawcy. Informacje, jakie czytelnik zdobywa od narratora, prezentowane z trzech perspektyw głównych bohaterów powieści. Jest to sposób opowiadania historii, który pisarz rozwinął w stosunku do pierwszego w cyklu „Drzewa morwowego”. Tym samym czytelnik otrzymuje informacje z trzech źródeł, a tworzącą się w ten sposób mozaikę faktów i domysłów w trakcie lektury nieustannie analizuje, wyciągając własne wnioski. Dzięki temu książkę Białkowskiego czyta się z dużym zaciekawieniem i chcąc nie chcąc dużym zaangażowaniem logiczno-intelektualnym, co w nie każdym kryminalne jest tak oczywiste. A perspektywa informacyjna, co do faktów opowiadanej historii, jest ciekawa i urozmaicona, albowiem – co już podkreślałem w recenzji „Drzewa morwowego” – autor posiada dość duże zacięcie obyczajowo-społeczne. Niestety, ku mojemu smutkowi, tak pobieżnie rozwijane, nazbyt hasłowo i (w tym przypadku o negatywnym zabarwieniu) bardzo schematycznie. 
 
Powtórzę po raz kolejny, że świetnie wymyślony materiał osobowy czterech głównych postaci (choć tak naprawdę trzech, bo w tej powieści Werens z Leną tworzą jeden, wspólnie działający zespół), Białkowski znów zbyt pobieżnie ubiera w wytarte i zużyte klisze literackie. Te zaś cechy postaci literackich, które powodują świeży powiew jego własnej, indywidualnej inwencji nie są rozwinięte, tak jakbyśmy chcieli. Pojawia się niedosyt, takiego potraktowania bohaterów, jak gdyby duży fragment ich literackich życiorysów odarty był z emocji, doświadczeń i myśli. Powiem jeszcze inaczej, mi ciągle u autora „Kłamcy” brakuje „pełnokrwistości” postaci literackich, zwłaszcza w zakresie psychologicznych dominant i uwikłań, jakie przecież realnie powinny występować, biorąc pod uwagę ich własne losy. A przecież grunt do takiego poprowadzenia postaci jest i to niezwykle podatny i już na wstępie bogaty. Werens, już nie zwykły dziennikarz, ale dzięki przygodom z pierwszej powieści cyklu, wielka gwiazda dziennikarstwa, z jeszcze większym wewnętrznym zagubieniem, objawiającym się zachowaniem na granicy alkoholizmu i alienacji społecznej. Jego osobowość będzie dodatkowo ulegać przemianie, w wyniku sploty dramatycznych wydarzeń, potrafi i odstawić kieliszek, i nawiązać potrzebne i autentyczne relacje międzyosobowe. Lena Lipska, kolejna u Białkowskiego postać kobieca, która jest silna intelektualnie i emocjonalnie (przynajmniej w tej powieści, a swoją drogą ciekawe byłoby spojrzenie wyłącznie na bohaterki kobiece w całym cyklu), odgrywająca niebanalne znaczenie dla rozwiązania sprawy. Podobnie jak w „Drzewie morwowym” stryj Mariusz Werens, lecz tym razem bohaterka jest częściej wewnątrz akcji, bliżej realnych zdarzeń zarysowanej intrygi. I wreszcie nowa postać, policjant podkomisarz Adam Dera. Mocny charakterem, twardo trzymający się tradycyjnych zasad i pojęć prawdy oraz sprawiedliwości, co – szybko zauważamy – stawia go w częstej opozycji do swoich przełożonych i innych służb, ze swojej natury nieomylnych i jednocześnie otoczonych zawodową tajemnicą (ABW). A żeby było ciekawiej dla całej sytuacji, zmuszony jest prowadzić śledztwo na własną rękę, co dodaje komplikacji wielu zdarzeniom fabularnym. No i jest jeszcze zabójca, dodajmy zawodowy zabójca, z wojskową przeszłością, choć jednocześnie literacko najsłabsza postać. Tak więc, powtarzając po raz wtóry, materiał wyjściowy jest świetny, lecz jego wykonanie tylko dobre, z małym westchnięciem czytelniczego zawodu. 
 
Tomasz Białkowski nie zawodzi po raz kolejny miłośników zagadek kryminalnych zatopionych w historii, uwikłanych w symboliczne rytuały i artefakty, istniejących na granicy przeszłości i dnia dzisiejszego. Tajemnica, symbol i groza nierozpoznanego szaleństwa oraz namacalna obecność śmierci, zadawanej wręcz rytualnie, to ten fragment świata przedstawionego, w którym autor „Króla Tyru” czuję się najlepiej. I ku mojej radości, co uwierało w pierwszym tytule cyklu, tym razem odwołania do biblijnej i apokryficznej symboliki, historii starożytnej i sztuki są podawane w sposób wyważony. Rzekłbym nawet, na tyle zrównoważony, by czytelnika nie zasypać gradem informacji, nawiązań czasowo-osobowych i symboli, ale też nie zanudzić i zniechęcić do lektury. Tym samym atmosfera i klimat powieści jawi się z jednej strony tajemniczo i niecodziennie, a z drugiej strony jest realna czasem zdarzeń i ich motywów. I nadal, pomimo umieszczenie też kilku scen w innych regionach kraju, pisarz udanie stylistycznie i obrazowo buduje literacki mikroświat północnej Polski, olsztyńskich ulic i miejsc, w których zagadkowość i sekret jest jakby naturalną scenerią.  
 
Wszystko to powoduje, że intryga rozwija się wartkim strumieniem i w miarę atrakcyjnie. Nie narzuca się oczywistościami, w wielu miejscach posiada podwójne dno, skłania do aktywnej lektury, co może mniej wyrobionym „kryminalnie czytelnikom sprawiać dużą satysfakcję. A inni muszą pamiętać, że to nie ostatnie spotkanie z bohaterami Białkowskiego, o czym w kolejnej recenzji – „Króla Tyru”.

Zamieszczone w Baza recenzji Syndykatu ZwB