Zbrodnia, która nie chce umrzeć. Recenzja „Martwych kwiatów” Marty Reich

„Martwe kwiaty” Marty Reich były w moim zainteresowaniu już od zapowiedzi wydawniczej. Autorka podkreślała od samego początku, że nie jest to typowe true crime. Książka ta nie miała być typowym dziennikarskim rekonstruowaniem zbrodni i śledztwa, którym zresztą żyła w ówczesnych latach 80-tych duża część społeczeństwa. Pisarka zapowiadała literacki obraz inspirowany prawdziwymi wydarzeniami, mający korzenie w realiach przestępstwa i uczestniczących w nim osób. Nie będę ukrywał, że jestem fanem takiego artystycznego podejścia do rzeczywistości, w której swoją twarz ujawnia ciemna strona natury ludzkiej. Pozwala ono bowiem na swobodne spojrzenie na człowieka i jego świat emocji, uczuć i czynów poprzez filtr indywidualnej, niczym niekrępowanej wizji estetycznej i etycznej jednocześnie. 

Główna, najobszerniejsza część recenzowanej książki stanowi wyśmienitą lekturę. To chłodno poprowadzona opowieść, z bardzo klasycznym dla powieści kryminalnej porządkiem wydarzeń – od znalezienia zwłok (dodajmy, że rozczłonkowanych, początkowo znanych tylko z odciętej głowy) poprzez chronologicznie przedstawioną postać bohaterki, której zaginięcie we właściwym momencie łączy się z ofiarą tej makabrycznej zbrodni. 

Koszmarne odkrycie pakunku, zawierającego garnek z odciętą ludzką głową, dokonane zimą roku 1980 przez dwóch pracowników warszawskich zakładów komunalnych to tylko preludium do budowania napięcia narracyjnego. Reich umiejętnie na kolejnych stronach książki pozornie spokojnie przedstawia nam historię Zofii Czajkowskiej, atrakcyjnej czterdziestojednoletniej pracownicy Telewizji Polskiej, której mała stabilizacja – przedłużona w tym konkretnym przypadku całkiem wygodnym i prowadzonym ponad szarą przytłaczającą rzeczywistości kryzysowego roku 80-tego – przerwana zostaje jej zaginięciem. 

Od tego momentu autorka krok po kroku rekonstruuje śledztwo w sprawie zabójstwa przywołanej bohaterki prowadzone przez dwójkę milicjantów z Komendy Stołecznej MO porucznika Mirosława Wolskiego i starszą sierżant Jolantę Derkę. Fabularny układ powieściowej narracji w tej części książki nosi cechy doskonałości. Niepostrzeżenie przechodzimy przez kolejne etapy policyjnych czynności i ustaleń. Realizm prowadzonego postępowania jest powalający. Wraz ze wspomnianymi milicjantami i cała ich ekipą śledczą zdobywamy kolejne informacje i poznajemy osoby, których udział w życiu zamordowanej mógł być tak samo ważny, jak w samej zbrodni. Krok po kroku, przesłuchanie po przesłuchaniu, dowód po dowodzie przemierzamy ścieżką czynności śledczych, w których nie brak ślepych uliczek i błędnych ustaleń. Postacie milicyjnych bohaterów są przy tym zbudowane niezwykle plastycznie i realistycznie w warstwie emocjonalnej oraz psychologicznej. I Wolski, i Derka noszą w sobie ciężar własnych przeszłych doświadczeń obciążonych dramatycznymi wydarzeniami osobistymi, które de facto stanowią siłę napędową ich kryminalnej służby. 

Niejako na przeciwległym biegunie opowieści jako efekt prowadzonego śledztwa buduje się przed nami obraz życia zamordowanej Zofii Czajkowskiej. Jego konstrukcja opiera się na zeznaniach członków jej rodziny, córki, byłego męża, ciotki, znajomych z pracy. To uderzający wizerunek osoby, której „ustosunkowane życie” oparte na stabilizacji, wysokim statusie społecznym i łatwiejszym dostępie do zasobów, nie było w stanie przeskoczyć ponad przeciętność (przynajmniej w oczach wszystkich przesłuchiwanych). 

Autorka nie zapomina również o złożonej strukturze codziennego życia w wymuszony sposób implikowane politycznymi uwarunkowaniami chylącego się ku upadkowi totalitarnego systemu. Dzięki temu prowadzone śledztwo skrzy napięciami i zawirowaniami, a przede wszystkim autentyzmem, które współgrają z zagadką tragicznej śmierci Czajkowskiej. Aurę tajemniczości i niejasności motywów zbrodni oraz samego sprawcy podgrzewa dodatkowo fakt odkrycia bagażu z rozczłonkowanym ciałem Zofii. Na zamkniętej walizce morderca położył trzy kwiaty, teraz już zwiędłe: tulipan, żonkil i frezję. Symbolika, która może mówić dużo, a nawet stanowić klucz do rozwiązania sprawy. Jako czytelnicy jesteśmy tak samo zagubieni jak prowadzący śledztwo milicjanci. 

Muszę przyznać, że udana lektura tej części „Martwych kwiatów” kojarzy mi się z mistrzowskimi narracjami kryminalnych powieści Jorn Lier Horsta. To rzadkość w polskim kryminale budować tak literacko ciekawie, a jednocześnie autentycznie powieściowe śledztwo. Małą niezrozumiałą rysę na tej propozycji stanowi tylko niezrozumiały dla mnie temat seryjnego mordercy. Ten wątek w pewien sposób uwłacza milicyjnym bohaterom, w których analityczność i umiejętność syntezy wierzymy chyba bardziej niż sama autorka. Może miało to dodać dramatyczności tej trudnej sprawy, kto wie.

„Martwe kwiaty” Marty Reich to jednak nie tylko historia godna gatunku kryminalnej powieści. To druga część, a właściwie druga strona recenzowanej książki – literackie odbicie życia w kręgu zaburzonych emocji i nieprawdziwych uczuć. Czytelnik, który dotrze do ostatniej strony powieści będzie zadawać sobie pytanie czy bardziej, niż ta wstrząsająca prawdziwa zbrodnia, wstrząsający jest jej motyw. To życie nosi w sobie wszystkie barwy ludzkich decyzji i czynów. To jakie jest i czym się wydaje, niekoniecznie musi być prawdą, a z pewnością może być właśnie zbrodnią…