Recenzja: Christer Mjaset „Białe kruki”

Autor: Christer Mjaset
Tytuł: Białe kruki
Tłumaczenie:  Dorota Polska
Wydawca: Smak Słowa
Rok wydania: 2014
ISBN: 978-83-62122-85-1
Liczba stron: 375

Christer Mjaset swoim polskojęzycznym debiutem powieściowym „Lekarz, który wiedział za dużo” spowodował, że moja wiara w skandynawski kryminał nie umarła wraz z kolejną książką pochodzącą z tej części Europy. Tym bardziej więc z olbrzymią nadzieją przyjąłem wydawniczą zapowiedź wydania kolejnego tytułu pisarskiego tego autora. „Białe kruki” okazują się być zupełnym zaskoczeniem czytelniczym, nie mieszczącym się w jakichkolwiek założeniach i domysłach. 
 
Najnowsza powieść Mjaseta od pierwszej karty z każda kolejną sceną w sposób niewyobrażalny wciąga czytelnika we własny świat. Czyni to w sposób tak delikatny, a jednocześnie tak totalnie narkotyczny, że dalsza lektura jest właśnie swoistym ciągłym wypełnianiem braku. Z każdą kolejną stronią chce się kolejnej, wraz z każdą sceną i dialogiem pragnie się większej ilości faktów, sądów czy emocji zamkniętych w fikcyjnej rzeczywistości powieściowej. Niezwykła to umiejętność pisarska, tak tak zaskakująco zaserwowana, że w tym momencie recenzenckiej refleksji zastanawiam się czy to faktycznie był akt pochłaniania książki przez czytelnika, czy też to książka nie wchłonęła swoją fabułą samego czytelnika. Nurtuje mnie kwestia co stanowi o takim – doznanym przeze mnie osobiście – chwilowym zapomnieniu się w lekturze? Myślę, że klucz ukrywa się w zgrabnym połączeniu dwóch pozornie przeciwstawnych sfer opowieści o życiu: codzienności i niecodzienności. Zacznę od tej ostatniej, jakby mocniej tłumaczącej pewien rodzaj fascynacji czytelniczej. Chodzi o bohaterów i przestrzeń w jakiej obracają się ich egzystencjalne historie. Tą przestrzenią jest medycyna, a właściwie jej niewielka część zwaną neurochirurgią. To oczywiście obszar tematyczny, bo tym fizycznym rejonem akcji powieściowej jest głównie szpital, a wszystko to, co poza nim, to tylko wyłącznie z uwagi na bezpośredni kontakt z samymi bohaterami. Wszak przecież lekarze też mają życie osobiste, prowadzone poza miejscem pracy, choć jak się okazuje z kart książki, niekoniecznie musi być one oddalone od szpitala czy kliniki. Niecodzienność interesuje, bo jest medyczna, a więc dla przeciętnego człowieka niecodzienna, tym samym niedostępna. Gdy od samego początku w narracyjnym toku asystujemy zabiegowi operacji usunięcia krwiaka podtwardówkowego nie może być inaczej jak tylko wypieki i ekscytacja wraz z niepokojem czy to się uda, czy zakończy sukcesem. Sceny używania kraniotomu czy noża twardówkowego przyciągają uwagę i ekscytują. Kryje się też za nimi wielka niewiadoma oraz tajemnica ludzkiego ciała. Nie inaczej jest również z umiejętnościami i możliwościami neurochirurgii. Tutaj odbieranej niczym swoista inżynieria ciała, za którą blisko jest już do mocy demiurgicznej. Zresztą słowa wypowiedziane przez jednego z bohaterów powieści nie przypadkowo umieścił na okładce polski wydawca książki, bo mówią więcej niż wielozdaniowe tłumaczenia i opisy: „Jaka jest różnica między Bogiem a neurochirurgiem? Bóg nie jest neurochirurgiem”. Resztę można sobie dopowiedzieć, a Mjaset pozwala poprzez narracyjną opowieść nawet doświadczyć tej dopowiedzianej treści. Nie mniej interesującą i zajmującą sferą życiowych historii powieściowych bohaterów jest codzienność. Codzienność rozumiana jako zwykłość zawodowych i osobistych spraw, tak  małych, jak i dużych. Dodatkowo autor recenzowanej książki przedstawia historie poszczególnych postaci w sposób niezwykle atrakcyjny. Z jednej bowiem strony każdy – określmy to jednym przymiotnikiem – biograficzny wycinek opowiedziany jest jakby był czymś wyjątkowym i nieznanym. O co zresztą nietrudno zwłaszcza, że dotyczy zagadnień zarezerwowanych dla miejsc opieki medycznej i pracujących tam osób, stających przed specyficznymi problemami. Z drugiej jednak strony, niezależnie czy to ordynator, czy lekarz starszy, czy też asystent, a nawet student lub pielęgniarka, wszyscy oni w swoich bolączkach i radościach, sukcesach i porażkach, służbowych lub rodzinnych, są czytelnikowi bliscy normalnością. W takich scenach bohaterowie Mjaseta są po prostu lustrzanym odbiciem każdego z nas. Okazuje się, że obojętnie czy miejscem pracy jest korporacja, szpital czy też instytucja lub urząd spotykają nas analogiczne przeciwności losu, przeżywamy podobne emocje, angażujemy się w te same uczucia i kierujemy się zbliżonymi nadziejami. To jest właśnie ta fascynująco opowiedziana codzienność i niecodzienność, normalność i unikalność. 
 
Pojawia się kolejne pytanie. Gdzie w tym wszystkim jest miejsce na intrygę, zagadkę czy tajemnicę? Pod tym względem „Białe kruki” są największym zaskoczeniem. Trzymając się zgodności gatunkowej powieść ta nie jest ani kryminałem, ani też thrillerem. Nie oznacza to wcale, że w powieści brak jest napięcia. Rodzi się ono głównie w interpersonalnych relacjach pomiędzy głównymi bohaterami, na czele z trzema lekarzami-rezydentami walczącymi o stały etat neurochirurga. W tym swoistym wyścigu o posadę nie chodzi już tylko o zawodową karierę, lecz o przyszłość totalną – we wszystkich wymiarach życia. A skoro stawka jest tak wielka, to z czasem narracyjnej opowieści rozpoczyna się rozgrywka, w której nikt tak naprawdę nie będzie grał fair. To właśnie ta rywalizacja buduje zespół intryg krzyżujących się ze sobą, powodując coraz większe zainteresowanie czytelnicze, które jest powodem naprawdę niecierpliwej lektury. Wszystkie knowania nie mają charakteru kryminalnego, co nie oznacza, że są w jakiś sposób zubożone, tracąc na barwności i zagadkowości. Ukrywa się za tym pisarska teza, że samo życie i ludzkie działania pełne są pułapek i dwuznaczności, które odpowiednio opowiedziane stanowić mogą nieprzeciętny materiał literacki. Autor „Lekarza, który wiedział za dużo” dba przy tym o narracyjny autentyzm, idealnie przy tym dawkując informacjami, co powoduje, że czytelnik nieustannie przewiduje, starając się odgadywać co i kto kryje się na kolejnymi, potencjalnymi zdarzeniami. 
 
Mjaset nie rezygnuje jednak całkowicie z niewiadomej o charakterze kryminalnym. Kreuje ją jednak zupełnie inaczej niż ma to miejsce w klasycznym kryminale. Nie ma zbrodni, lecz wyłącznie przestępstwo rozboju, w którym dzięki okolicznościom miejsca i czasu udział może brać jeden z bohaterów powieściowych uprawiający zawód lekarza. Wyjątkowego smaku do tego dość błyskotliwego zapętlenia akcji dodają sytuacje o dużym stopniu napięcia, jak na przykład obecność w szpitalu ofiary napadu, która może rozpoznać napastnika. To nie jedyne skomplikowanie fabuły ocierające się o kryminalne wątki. Nie będę jednak ujawniał pisarskich pomysłów, by nie psuć przyszłym czytelnikom przyjemności i dreszczyku lektury. 
 
„Białe kruki” w swojej artystycznej formie stanowią pozycję o znośnej lekkości przy jednoczesnym zachowaniu dramaturgicznego napięcia, które rodzi się wprost z udanego literacko ujęcia ludzkich zmagań z materią spraw osobistych i zawodowych. Medyczny anturaż fabuły jest wyłącznie dodatkową wartością podnoszącą atrakcyjność i wyjątkowość książki. A wszystko to podane w tak sugestywny i wciągający sposób, że trudno przerwać czytelniczą przygodę z powieścią. 
 [dodajbox]

Zamieszczone w Baza recenzji Syndykatu ZwB