Recenzja: Anna Klejzerowicz „List z Powstania”
Autor: Anna Klejzerowicz
Tytuł: List z Powstania
Wydawca: Wydawnictwo Filia
Rok wydania: 2014
ISBN: 978-83-63622-90-9
Liczba stron: 328
W bieżącym roku, pozwalającym obchodzić siedemdziesiątą rocznicę wybuchu Powstania Warszawskiego, nie trudno było przewidzieć różnorodnych form uczczenia pamięci wszystkich walczących także na niwie działalności wydawniczej. Poza mniejszymi lub większymi tekstami dokładającymi kolejnych cegiełek do historycznego zapisu tego największego polskiego zrywu XX wieku, pojawiły się kolejne, niejednokrotnie ciekawe i wyjątkowe pozycje wspomnieniowe czy – określę je jednym słowem gatunkowym – reportażowe. Kryminał też już doczekał się własnego ujęcia powstańczego czasu, co uczynił bardzo interesująco wcześniej Bartłomiej Rychter w swoim „Ostatnim dniu lipca”. Tym razem analogiczne tło, ale i jako dominujący wątek tematyczny, Powstanie Warszawskie zostało wybrane przez autorkę, Annę Klejzerowicz. Chodzi oczywiście o „List z Powstania”.
Książka to na tyle nietypowa i niebanalna w swoim ujęciu, że w takim dniu koniecznie warta oceny. Nie mogę zacząć oczywiście od wiodącego tematu powieści – Powstania Warszawskiego. Choć tak naprawdę główna akcja fabularna dzieje się na przestrzeni powojennych lat, coraz bardziej odległych od tego czynu z sierpnia 1944 roku, to jednak od pierwszej do ostatniej strony Powstanie jest motywem wiodącym. A to co miało się zdarzyć podczas tych sierpniowych dni napędza całą fabularną opowieść, będąc równolegle swoistym egzystencjalną siłą kierującą życiem głównych bohaterek powieści. Od razu trzeba też zastrzec, że „List z Powstania” nie jest wcale książką o tytułowym powstaniu, walkach czy niezłomnych zmaganiach tamtego czasu. To w pierwszej kolejności rzecz na wskroś obyczajowa, skupiająca się na historii trzech pokoleń warszawskiej rodziny, która zresztą w wyniku wymuszonych wędrówek powojennych rozgrywa się głównie w Gdańsku. I od razu pozwolę sobie na uwagę dotyczącą wykreowania przestrzeni fabularnej, która – pomimo widocznej znajomości (dla Klejzerowicz w końcu Gdańsk to osobista mała ojczyzna) ulic, budynków i miejsc miasta nad Bałtykiem – wyraźnie w ostatecznej formie obrazu literackiego jest obca. Charakterystyczne to ujęcie, w którym powojenna Warszawa obciążona traumą dramatu powstańczego i skazą powojennego utrwalania władzy ludowej, dla bohaterek jest obca fizycznie, a jeszcze wyraźniej mentalnie i duchowo. Jakby na potwierdzenie tego – jak się okazuje – nieodwracalnego stanu są chwile o wyjątkowej atmosferze i przewadze pozytywnych emocji. To są te sceny, a częściej przywołane tylko momenty, styczności, spotkań z żyjącymi jeszcze powstańcami. Czas historii i doświadczeń zburzył harmonię przestrzeni miasta, a jeśli dają ją odczuć wewnętrznie to tylko w krótkich przebłyskach wewnętrznych powrotów do przeszłości. A wszystko to tylko z udziałem autentycznych aktorów tamtego spektaklu i niestety tylko ulotnie – w rozmowie, spotkaniu, dotyku artefaktów przeszłego czasu. Piętno Powstania odciska się jednak mocniej i szerzej. Okazuje się bowiem, że u bohaterek autorki „Czarownicy” przestrzeń ich aktualnego życia w nowej, wydaje się poukładanej scenerii, także – mimo pozornej siły upływającego czasu – nie zostaje oswojona. Gdańsk z miejscami nowych doznań i przeżyć nie tylko, że nie stanowi enklawy spokoju życiowego, ale powiela jakby wojenne doświadczenia warszawskie. Gdańskie kilkadziesiąt lat życia w nowej rzeczywistości polskiej dla bohaterek staje się wyłącznie inną, jakże podobnie, jeśli nie mocniej, bolesną sceną dramatów docierających swoim cierpieniem do najgłębszych czeluści serca i duszy bohaterek. I nie ważne czy to 1944, 1979, 1986 czy 2001 rok, każdy moment, każda chwila w ostatecznej ocenie, ważącej dobre i bolesne barwy życia, malowana jest w biografiach powieściowych najczarniejszą z wszystkich możliwych barw.
Tak oto ponad sześćdziesiąt trzy lata powieściowego życia kobiecych pokoleń rodziny Bańkowskich naznaczonych zostaje sześćdziesięcioma trzema dniami Powstania Warszawskiego. A dokładnie rzecz biorąc moment ważący przyszłe losy Bańkowskich obejmuje krótką scenę rozmowy i zabójstwa dokonanego w jednym z ostatnich dni powstańczych walk. Zbrodni dokonanej w solidnej i pięknej willi na warszawskim Żoliborzu, lecz nie dostrzeżonej i nie rozpoznanej przez nikogo, bo przecież zrealizowanej w odgłosach prowadzonej jeszcze walki, na coraz większych gruzach jeszcze chwile temu pięknej stolicy. Kto mógł bowiem w takiej aranżacji czasu i przestrzeni wojennej usłyszeć dwa niezwykle celne (przewiercające czaszkę i gwałtownie kończące życie) strzały i skojarzyć z czymś zupełnie innym szalejący za chwilę pożar całej kamienicy. Tak w dość enigmatycznej i oszczędnej pisarsko scenie rozpoczyna się cała powieść. I to nie tylko wrażenie, że gdy docieramy do końca jej lektury strzały te słychać jakby wyraźniej, a z pewnością czuć boleśniej. Niezależnie od tego, że nie były skierowane w naszą stronę.
Ta scena nigdy nie wraca w swojej pierwotnej formie na żadnej z kolejnych kart książki, ale równolegle jest w powieści nieustannie, przebijając się tragediami i doświadczeniami swoich bohaterów oraz emocjami i domysłami czytelników. Przywołana inicjalna scena powieściowa dotyczy zabójstwa Juliusza i Marii Bańkowskich. Zamordowani we własnym domu, oczekując na wieści od swojej dzielnej córki Hanki, biorącej udział w Powstaniu. Osierocają nie tylko Hankę, ale także młodszą Julię, w tym momencie przebywającą poza Warszawą. To właśnie Julia poniesie brzemię tamtej chwili. Po wojnie, gdy na jaw wychodzi śmierć rodziców, a starsza siostra uznawana jest za zaginioną, trafia do sierocińca. Już tam w samotności i przy braku prawdziwych uczuć nie przyjmuje do wiadomości tych śmierci, a zwłaszcza Hanki, na którą czeka. I czekać będzie, nawet gdy trafi do dalszej rodziny w Gdańsku, stryjenki Zofii, będzie kontynuować poszukiwanie siostry. To poszukiwanie śladów po zaginionej siostrze, tropienie najmniejszego najmniejszej chociaż informacji o powstańczej łączniczce, staje się ideą jej życia. Można nawet odnieś wrażenie, że na granicy szaleństwa i opętania niczym nieuzasadniona nadzieją. Tak przynajmniej – poza mężem, który także angażuje się w te działania – widzi to dalsza rodzina, znajomi, a nawet jej dorastająca córka Marianna. A gdy płomyk nadziei zostaje podtrzymany i wzmocniony nowymi faktami z przeszłości, które mogą przynajmniej ukierunkować kolejne poszukiwania, rozpoczyna się druga odsłona dramatu. Ta pierwsza odegrana została pod koniec września 1944 roku, kolejna, nie mniej bolesna, uderza 1979 roku i to od razu śmiercią osoby najbliższej. Potem już będzie tylko gorzej, pomyślicie: jeśli może być gorzej. Autorka nie będzie oszczędzać swoich bohaterek Julii i Marianny. I uwierzcie mi, w ten sposób nie oszczędza też czytelników. To już jednak doświadczenie osobiste, które – nie zdradzając dalszych elementów fabuły – pozostawiam każdemu sięgającemu po recenzowaną powieść.
Pojawia się pytanie. Dlaczego, prowadząc bloga poświęconego literaturze kryminalnej, wybrałem powieść, w której dominującym tematem jest Powstanie Warszawskie i jego bolesne echo odciskające dramatycznie układającą się bliznę, tworzącą niepowtarzalne znamię na powierzchni, jak i w najgłębszych warstwach tkanek, powojennego życia kobiet z rodziny Bańkowskich. Dla Anny Klejzerowicz, która podkreśla w wielu wywiadach dotyczących genezy „Listu z Powstania”, ten zbrojny i duchowy wyczyn młodych Polaków to nie tylko fakt historyczny, ale przede wszystkim osobista historia, odznaczająca się na kolejnych pokoleniach rodziny. Wyczuwalne jest to także na kartach powieści. Ewidentnie książka powstała jako pewien moralny i estetyczny nakaz, który narastał w pisarce. Widoczne jest to przez sam temat wiodący, ale jeszcze mocniej akcentuje to autorka w postaciach wykreowanych przez siebie kobiet i ich biografiach. Nie mniej podobną dbałość o emocjonalną wrażliwość dostrzegamy na poziomie języka, zwłaszcza w obrębie tych fragmentów, które obrazują uczucia i emocje oraz budują napięcie narracyjnej opowieści. Jest wreszcie motyw kryminalny przechodzący w trakcie kolejnych odsłon czasowych w sensacyjny. To on decyduje, że „List z Powstania” można czytać jako książkę z wyraźnie zarysowaną zagadką. Co ciekawe ma ona zupełnie innych charakter w zależności od perspektywy spojrzenia. Pierwsza twarz kryminalnej intrygi wiąże się bezpośrednio z inicjalną, przywoływaną już wcześniej, sceną zabójstwa rodziców Bańkowskich. Pomimo tego, że w dalszej części narracyjnej opowieści widzimy nieustannie drugą twarz zagadki o charakterze biograficzno-historycznym, czyli zaginięcie i nieznane losy starszej siostry Hanny, to jednak gdzieś podświadomie ciągle czytelnik zadaje sobie pytanie o to kto i dlaczego zabił rodziców Julii i Hanny. To ciekawa konstrukcja intrygi występującej w powieści, inaczej bowiem realizowanej dla odbiorcy i odmiennie dla bohaterek książki. Jedno mam za złe autorce, bo o ile jednak zamysł takiego splątania intrygi z napięciem o formule sensacyjnej, obejmującej tajemnicze wydarzenia w życiu bohaterek, zamykające się – co już podkreślałem – nawet niejedną niewytłumaczalną śmiercią bliskich, wydaje się niepowtarzalnie cennym pomysłem, to jednak jego realizacja pisarska nie satysfakcjonuje. Idzie mi zwłaszcza o rozwiązanie intrygi. Moim zdaniem zbyt gwałtowne, mało obrazowe, niepotrzebnie wykładające karty na stół bez jakiekolwiek cienia wątpliwości i niepewności. Jest jeszcze jedna kwestia. O ile napięcie emocjonalne i podtrzymywanie tajemniczości zdarzeń współczesnych bohaterkom, gdzieś z nierozpoznanymi odwołaniami do czasów Powstania Warszawskiego, udaje się Annie Klejzerowicz dość dobrze, to równolegle tak potrzebna forma gry z czytelnikiem i rozbudzanie jego umysłu, starającego się znaleźć odpowiedzi na postawione pytania, niestety zostaje potraktowane jako rzecz mniej ważna. W całym rozrachunku czytelniczym, pomimo dużej satysfakcji estetycznej i tematycznej, ja pozostałem z dość dużym niedosytem wykluczenia ze śledztwa, które prowadziła na wielu kartach wnuczka Marii Bańkowskiej, Marianna.
„List z Powstania” jest bardzo interesującą pozycja czytelniczą na polskim rynku wydawniczym. To powieść, w której autorka w dość ciekawy sposób postarała się połączyć barwę emocji i wagę doświadczeń polskich rodzin, wywodzących się wprost z bólu i bohaterstwa Powstania Warszawskiego, z niecodzienną formą literackiej opowieści wykreowanej pomiędzy nurtem obyczajowej historii i dramatem sensacyjno-kryminalnej intrygi. To wreszcie powieść o tym jak cienka i łatwo przekraczalna jest granica pomiędzy złem a dobrem, miłością a nienawiścią. To także opowieść o tym, jak najmniejsza chwila, moment ludzkiego życia może odcisnąć bolesne i nieusuwalne piętno na życiu człowieka, czyli jak historia wraca echem we współczesności i kształtuje przyszłość.
[dodajbox]
Zamieszczone w Baza recenzji Syndykatu ZwB i przeczytana dzięki Wydawnictwu FILIA

