Kobieta, która nie umiała przestać szukać. Krystyna Lesińska w czterech porach roku Anny Kańtoch
Uwaga. W przeciwieństwie do moich zwykłych recenzji ten tekst jest esejem czytelniczym. Piszę go z myślą o osobach, które znają już całą tetralogię. Nie unikam więc omawiania rozwiązań poszczególnych zagadek.
Krystyna Lesińska przez większość swojego literackiego życia robi coś, z czym przez całe prywatne życie nie potrafi skończyć. Szuka. Szuka mordercy, szuka prawdy o zaginionym bracie, szuka usprawiedliwienia dla własnych błędów. W ostatnim tomie szuka już tylko odpowiedzi na pytanie, co zrobić z sobą, kiedy szukanie przestaje być potrzebne. Anna Kańtoch zbudowała wokół tej pozornie niepozornej postaci coś więcej niż serię kryminalną osadzoną w czterech porach roku. Zbudowała studium starzenia się, żałoby i zawodowej tożsamości kobiety. W każdej dekadzie nikt nie traktował jej poważnie, ale za każdym razem z innego powodu. Najpierw była za młoda. Potem była kobietą w męskim światku. Potem żoną, matką, wdową. Na końcu była już tylko starszą panią.
Właśnie ten paradoks trzyma cały cykl w ryzach. Im mniej ktokolwiek w powieściowym świecie bierze Krystynę na poważnie, tym więcej ona sama widzi i rozumie. Niewidzialność, w którą z wiekiem popada, okazuje się jej największą bronią. Kańtoch odkryła to już w pierwszym tomie. Konsekwentnie, z tomu na tom, coraz precyzyjniej tę obserwację rozwija.
Jesień. Dziewczyna, która jeszcze nie wie, że zostanie sobą
Chronologicznie rzecz biorąc, wszystko zaczyna się w „Jesieni zapomnianych”. To jedna z tych sprytnych decyzji konstrukcyjnych, za które lubię Kańtoch najbardziej. Zamiast pokazać nam młodą Krystynę na starcie serii, autorka każe nam najpierw poznać ją starą, zmęczoną, uwikłaną w kolejne śledztwa. Dopiero w trzecim podejściu cofa się do 1966 roku, do dwudziestoparoletniej Krystyny Wojciechowskiej, która jeszcze nie wie, kim się stanie. To odwrócenie porządku ma konkretny efekt emocjonalny. Czytamy scenę na cmentarzu w Szopienicach, poznajemy dziennikarza Łukasza Szewczyka, obserwujemy dziewczynę wciąż noszącą w sobie żałobę po bracie. Przez cały czas w tyle głowy mamy jednak świadomość, kim ta dziewczyna kiedyś będzie. Zostanie zgorzkniałą emerytowaną komisarz z „Wiosny”. Ta wiedza czytelnika, niedostępna bohaterce, jest czymś, czego Kańtoch używa z chirurgiczną precyzją.
Warto też docenić śląsko-zagłębiowski sztafaż tego tomu. Huta Uthemann, Drugie Szopienice, gwarowe „u nas” i „u was”, delikatna, ale wyczuwalna granica mentalna między Sosnowcem a Katowicami. To najlepiej wykonana, moim zdaniem, część całej tetralogii pod względem budowania tła historycznego. Kańtoch nie epatuje realiami PRL-u jak rekwizytornią. To grzech, który regularnie popełniają inni twórcy retrokryminałów. Ona zamiast tego wplata realia w tkankę emocjonalną powieści. Matka szoruje podłogę, jakby czystość mieszkania mogła sprowadzić zaginionego syna z powrotem. Ojciec wpatruje się w telewizor niewidzącym wzrokiem. To portret żałoby bardziej przekonujący niż niejeden opis stypy.
Znamienne jest też, co ten tom robi z motywem zaginięcia Romana. W „Jesieni” brat nie jest jeszcze centralną zagadką fabularną. Jest tłem, ciężarem, który młoda Krystyna dźwiga niejako mimochodem, prowadząc zupełnie inne śledztwo, sprawę samobójstw na Drugich Szopienicach. To bardzo trafne posunięcie psychologiczne. Żałoba rzadko bywa głównym tematem naszego życia w sensie fabularnym. Częściej jest cichym basem grającym pod melodią codzienności. Kańtoch to rozumie i nie boi się zostawić sprawy Romana otwartej. W epilogu datowanym na 1975 rok, przy procesie Zdzisława Marchwickiego, młoda już wtedy funkcjonariuszka wciąż nie zna odpowiedzi. Obiecuje sobie, że kiedyś ją pozna. Ta scena zestawia prawdziwe wydarzenie historyczne, proces katowickiego „wampira”, z prywatną raną bohaterki. To jeden z bardziej przejmujących momentów całego cyklu. Jest też zapowiedzią czegoś, co dopełni się dopiero pół tysiąca stron później, w zupełnie innym tomie.
Lato. Kobieta u szczytu formy, która popełnia błąd nie do naprawienia
Jeśli „Jesień” pokazuje fundament charakteru Krystyny, to „Lato utraconych” pokazuje moment, w którym ten charakter zaczyna pękać. Jest rok 1998. Krystyna jest już doświadczoną komisarz, cieszy się szacunkiem, prowadzi trudną, wielowątkową sprawę zbrodni w Pogańskim Młynie. Dwa tygodnie wcześniej pochowała męża. Kańtoch nie robi z tego melodramatycznego sztafażu. Żałoba Krystyny jest tu opisana z chłodną, niemal kliniczną precyzją. Bohaterka odmawia sobie prawa do bycia „wystarczająco” w żałobie, bo przecież wciąż może pracować, wciąż funkcjonuje. Właśnie ta racjonalizacja jest jednak pierwszym sygnałem, że coś w niej pękło.
To najbardziej moralnie niewygodny tom całej serii. Chyba właśnie dlatego jest najlepszy. Krystyna, kobieta znana z przenikliwości, w kluczowym momencie śledztwa pozwala, by osobista złość na skrzywdzonego, zdezorientowanego chłopca przesłoniła jej profesjonalny osąd. Chodzi o Kubę Aleksandrowicza, dziecko trzymane przez lata w odosobnieniu. Złość przesłania konsekwencje własnych działań bohaterki. Efektem jest tragedia, której można było uniknąć. Później, na hali pod Kuźnicami, przemoczona deszczem Krystyna próbuje odzyskać wspomnienie dawnej rozmowy. Zamiast tego konfrontuje się z własną winą. Ta scena jest napisana bez cienia sentymentalizmu i właśnie to czyni ją tak mocną. Kańtoch nie każe bohaterce się usprawiedliwiać. Krystyna po prostu wie, że zawiodła. Ta wiedza staje się punktem zwrotnym. Kilkanaście lat później doprowadzi ją do emerytury.
Warto też zwrócić uwagę na funkcję, jaką w tym tomie pełni Wojciech Chodura, młody wówczas aspirant. Patrzy on na swoją przełożoną z mieszaniną podziwu i uzasadnionego wyrzutu. To postać, która towarzyszy Krystynie przez całą resztę serii. Osobiście nie mogłem w to uwierzyć, dopóki nie dotarłem do „Zimy pożegnanych”. Bohaterowie spotykają się tam przy wspólnym kieliszku whisky, kilkadziesiąt lat i kilka tomów później. To rzadki w polskim kryminale seryjnym rodzaj cichej, nieforsowanej ciągłości. Bohater poboczny starzeje się razem z główną postacią, zamiast zastygnąć w jednej chwili fabularnej. To rzemieślnicza precyzja, jakiej rzadko się widuje.
Wiosna. Emerytka, która odkrywa, że niewidzialność to nadprzyrodzona moc
„Wiosna zaginionych” to tom, od którego seria się zaczęła. Trzeba uczciwie powiedzieć, że najbardziej klasycznie realizuje schemat kryminału zagadkowego. Mamy tu całe dobrodziejstwo inwentarza gatunku. Fałszywą tożsamość, upozorowaną śmierć, chciwą wnuczkę-manipulantkę. Sama intryga nie jest jednak największą siłą tego tomu. Rozwiązanie, w którym za wszystkim stoi żądna pieniędzy Agnieszka Jankowska, jest sprawne, ale odrobinę zbyt starannie domknięte. Autorka bardziej dbała chyba o symetrię układanki niż o jej emocjonalny ciężar. Prawdziwą siłą tomu jest to, co dzieje się wokół intrygi. To portret siedemdziesięciotrzyletniej kobiety, która odkrywa, że starość daje jej też coś w rodzaju czapki niewidki. Ta sama starość, która odbiera jej sprawność fizyczną.
Krystyna Lesińska z „Wiosny” świadomie przefarbowuje włosy na siwo. Świadomie utyka bardziej, niż wymaga tego jej biodro. Świadomie buduje wokół siebie fasadę nieszkodliwej emerytowanej sekretarki. Wie przecież, że nikt nie podejrzewa starszych pań o nic poza kompotem i wnukami. To jeden z ciekawszych ruchów feministycznych, jakie polski kryminał ostatnich lat zaproponował. I to bez najmniejszego zadęcia ideologicznego. To po prostu obserwacja, że bycie niedocenianą przez całe życie w pewnym momencie zaczyna działać na korzyść bohaterki. Jako młoda milicjantka, jako matka, jako wdowa Krystyna była niedoceniana zawsze. Teraz to wykorzystuje.
Najbardziej porusza mnie w tym tomie jednak co innego. Nie rozwiązanie zagadki morderstwa, tylko jego zakończenie. Krystyna idzie na spacer i uświadamia sobie, że od kilku dni nie myślała o Romanie. To cichy, prawie niezauważalny moment. To zdanie, rzucone mimochodem, jest w gruncie rzeczy kluczem do całej tetralogii. Kańtoch pokazuje w nim, że żałoba nie kończy się w momencie poznania faktów. Kończy się dużo wcześniej, po cichu, gdzieś w środku, zanim jeszcze fakty się pojawią. Ten wątek autorka podejmie ponownie, w formie odwróconej, w ostatnim tomie. Dopiero wtedy okaże się, jak konsekwentnie był od początku przemyślany.
Zima. Pożegnanie, które nie daje satysfakcji, i to jest jego największa zaleta
„Zima pożegnanych” miała być tomem, który nigdy nie powstanie. Trylogia miała pozostać trylogią. Mówiła o tym sama Kańtoch wprost przy okazji premiery. To, że tom ostatecznie powstał, jest czuć. Rytm odwróconej chronologii dotąd organizował całą serię, od teraźniejszości coraz głębiej w przeszłość. Tutaj ten rytm zostaje porzucony na rzecz historii rozgrywającej się ponownie we współczesności, kilka lat po wydarzeniach z „Wiosny”. Ta decyzja mnie osobiście trochę uwiera. Trzy pierwsze tomy budowały coraz to nowe piętra przeszłości. Czwarty po prostu idzie naprzód w czasie. Sprawia to wrażenie domknięcia nieco innej książki niż ta, którą się zaczęło czytać.
A jednak „Zima” broni się czymś innym. Broni się bezkompromisowością etyczną. Kańtoch buduje tu intrygę wokół stalkingu oraz śmierci Doroty Podgórskiej i Miłosza Najdera. Finalnie odsłania, że prawdziwą sprawczynią cierpienia była Lilianna Urbaś, zazdrosna żona. Z zemsty za dość niewinny flirt męża z sąsiadką uruchomiła ona łańcuch zdarzeń. Skończył się on śmiercią trojga ludzi, włącznie z jej własnym mężem. Co najważniejsze, nic jej się nie stanie. Formalnie nie da się jej niczego udowodnić, prawnie nie ma za co ją ścigać. Scena konfrontacji w jej domu jest jedną z najbardziej niepokojących scen, jakie ta autorka napisała. Krystyna wykłada tam całą prawdę, a Urbasiowa odpowiada spokojnym wzruszeniem ramion. Kańtoch odmawia czytelnikowi katharsis. To rozwiązanie jest znacznie bliższe rzeczywistości niż konwencji kryminału. Sama autorka mówiła zresztą w wywiadach przy premierze, że sprawiedliwość w realnym świecie rzadko przybiera schludną, satysfakcjonującą formę.
Równie mocna, choć umieszczona na marginesie głównej intrygi, jest korespondencja Anety Drybały w epilogu. Ta kobieta po całej historii zaczyna sama traktować czajenie się w mroku pod cudzymi oknami jako źródło mrocznej przyjemności. To najbardziej niepokojący fragment całego cyklu. Zamiast domykać opowieść o ofiarach i sprawcach, otwiera on pytanie o to, jak cienka jest granica między jednym a drugim. Pośrednio stawia też pytanie samemu czytelnikowi kryminałów i literatury true crime. Czy nasza fascynacja cudzą krzywdą jest naprawdę tak niewinna, jak lubimy sądzić? Nieprzypadkowo to właśnie w tym tomie pojawia się Olgierd Darski, młody spadkobierca, który postanawia zostać pisarzem true crime. To postać skonstruowana chyba właśnie po to, żeby zadać to pytanie wprost, bez owijania w bawełnę.
I tu dochodzimy do mojej głównej wątpliwości wobec tego tomu. Darski jest postacią sympatyczną, dobrze napisaną, z wyraźnym potencjałem na własną serię. Jego obecność w książce, która miała być pożegnaniem z Krystyną Lesińską, rozprasza jednak uwagę w momencie, w którym najbardziej powinna być skupiona na bohaterce. Spora część śledztwa w „Zimie” toczy się właściwie jego, a nie jej, siłami. Krystyna bywa w tych fragmentach niemal gościem we własnej książce. Rozumiem ten zamysł. To sygnał przekazania pałeczki, zapowiedź nowego cyklu. Emocjonalnie kosztuje to jednak serię coś, czego żal. Kosztuje ją pełną uwagę poświęconą bohaterce w tomie, który miał być jej pożegnaniem.
Za to wątek Romana domyka się w sposób, który jest najbardziej przemyślaną decyzją całego cyklu, mimo pozornej antyklimaktyczności. Austriacki turysta odnajduje w latach siedemdziesiątych plecak zaginionego brata w Dolinie Koprowej. Pół wieku później jego znajomy przekazuje Krystynie dowód osobisty Romana. Okazuje się, że ta wiadomość, choć długo wyczekiwana, niczego już właściwie nie zmienia. Krystyna sama to sobie uświadamia. Nie potrzebowała ciała ani grobu. Potrzebowała odpowiedzi. Jakaś jej część od dawna wiedziała zresztą, jaka ta odpowiedź brzmi. Pożegnała się z bratem już wcześniej, po cichu, dokładnie tak, jak zapowiadał to moment z „Wiosny”. To jest chyba najbardziej dojrzała teza całego cyklu. Fakty i żałoba poruszają się w zupełnie różnym tempie. Żałoba zwykle wyprzedza fakty.
Emerytka bez legitymacji. Rzecz o realizmie prawnym
Jest jeszcze jedna sprawa. Nie mogę napisać o niej inaczej niż z pozycji kogoś, kto sam nosił kiedyś legitymację służbową. Chcę powiedzieć o tym wprost, bo zbyt rzadko mówi się o tym przy okazji recenzowania kryminałów z bohaterem-emerytem. Anna Kańtoch postawiła przed sobą zadanie karkołomne. Uczyniła bohaterką serii kryminalnej kobietę, która przez połowę tomów nie ma już żadnej legitymacji procesowej. Nie ma żadnego umocowania, żadnego prawa do prowadzenia czegokolwiek poza własną ciekawością. Emerytowany policjant w polskich realiach prawnych nie zachowuje żadnych uprawnień dochodzeniowo-śledczych. Jest zwykłym obywatelem. Podlega dokładnie tym samym ograniczeniom, i tej samej ochronie prawnej, co każdy inny człowiek z ulicy. Nie ma czegoś takiego jak „emerytowana komisarz prowadząca prywatne śledztwo” w sensie formalnym. Jest tylko starsza pani, która zadaje pytania. Nikt nie musi jej na nie odpowiadać.
W „Wiośnie zaginionych” ten problem jest, mówiąc wprost, najbardziej dotkliwy. Krystyna włamuje się nocą do domu Jacka z nożem w plecaku. Zastaje zwłoki. Zamiast natychmiast zawiadomić odpowiednie służby, ucieka i zaczyna prowadzić dochodzenie na własną rękę. W pełni zdaje sobie sprawę, że gdyby jej obecność na miejscu zbrodni wyszła na jaw, zostałaby pierwszą podejrzaną. To nie jest drobne niedopatrzenie formalne. To cały łańcuch zachowań, które w rzeczywistości oznaczałyby dla bohaterki poważne kłopoty prawne. Nielegalne wtargnięcie, zatajenie faktu znalezienia zwłok, a w dalszej kolejności aktywne kształtowanie przebiegu sprawy z zewnątrz. To coś bardzo bliskiego utrudnianiu postępowania. W realnym świecie taka kobieta nie prowadziłaby śledztwa równolegle do policji. Siedziałaby na przesłuchaniu, tłumacząc się z nielegalnego wejścia na teren prywatny. I to raczej w charakterze podejrzanej niż konsultantki.
Podobnie rzecz ma się z hojnością, z jaką czynni funkcjonariusze dzielą się z emerytowaną, prywatną już kobietą szczegółami trwających postępowań. Chodura robi to w „Wiośnie”, Chodura i Michalak w „Zimie”. Dzielą się wynikami sekcji zwłok, ustaleniami z przesłuchań. W rzeczywistości byłoby to naruszenie tajemnicy postępowania przygotowawczego. Byłby to też realny problem dyscyplinarny dla każdego z nich, niezależnie od tego, jak bardzo cenili dawną koleżankę z wydziału. W „Zimie” Krystyna i Olgierd konfrontują Liliannę Urbaś z oskarżeniem opartym na materiale zdobytym prywatnie. Mają tablet pożyczony od pogrążonych w żałobie rodziców, zdjęcia, które nigdy formalnie nie trafiły do akt sprawy. To już nie tylko kwestia braku umocowania. To też realne ryzyko odpowiedzialności za pomówienie, gdyby Urbasiowa zdecydowała się na krok prawny. Nikt jej tego nie udowodni w sądzie. Kańtoch zresztą uczciwie przyznaje to ustami samej Krystyny. Ta sama uczciwość każe jednak zapytać, jakim prawem w ogóle do takiej konfrontacji doszło.
Co ciekawe, problem ten w gruncie rzeczy dotyczy tylko połowy serii. W „Jesieni” i w „Lecie” Krystyna działa w ramach swoich ówczesnych, formalnych uprawnień. Jest funkcjonariuszką prowadzącą przydzieloną jej sprawę. Pytanie o legitymację w ogóle się więc nie pojawia. Ten problem jest ściśle związany z tym, co dzieje się w tomach „emerytalnych”. Tam Kańtoch, trzeba to przyznać, robi co może, żeby czytelnik go nie zauważył. Nie broni się argumentami prawnymi, bo nie da się ich tu sensownie użyć. Broni się psychologią. Buduje wokół Krystyny sieć osobistych lojalności, starych długów wdzięczności i przyjaźni. Są one na tyle mocne, że czytelnik zaczyna kibicować bohaterce, zamiast liczyć jej wykroczenia. Dzieje się tak nawet z czytelnikiem, który zawodowo wie, że to się nie trzyma kupy. Osobiście, śledząc tę serię od lat z pozycji kogoś, kto w tej robocie spędził najlepsze lata życia, muszę przyznać, że to działa. Działa jednak dzięki sile charakterystyki, nie dzięki wiarygodności procedury. Kańtoch kupuje sobie moje przymrużenie oka nie na argumenty prawne. Kupuje je na to, że jestem ciekawy, co Krystyna Lesińska pomyśli, powie i zrobi w następnej scenie. To w literaturze gatunkowej bywa walutą cenniejszą niż bezbłędna procedura.
Cztery Krystyny, jedna kobieta
Co ostatecznie łączy te cztery wcielenia bohaterki? Dwudziestoparoletnią Krystynę Wojciechowską żałobniczkę, czterdziestokilkuletnią komisarz-wdowę, siedemdziesięciotrzyletnią emerytkę-detektywkę amatorkę i wreszcie starszą panią żegnającą się definitywnie z zawodem. Przede wszystkim ciągłość niedocenienia, o której już wspominałem. Łączy je też uparta, niemal instynktowna niezgoda na to niedocenienie. Krystyna w każdej dekadzie swojego życia jest kimś, kogo otoczenie skłonne jest zredukować do jednej etykiety. Jest dziewczyną w żałobie, matką zaniedbującą dzieci, wdową, staruszką. W każdej dekadzie okazuje się jednak, że pod tą etykietą kryje się ktoś dużo bardziej przenikliwy, niż ktokolwiek zakładał.
Zwraca też uwagę konsekwentne użycie zwierząt jako cichych świadków ludzkiej krzywdy i pocieszenia. Owce ocierają się o nogi płaczącej Krystyny na hali pod Kuźnicami. Pies Ramzes pojawia się w finale „Wiosny” jako niemal symboliczne zamknięcie żałoby. Mały piesek z prologu „Zimy” swoją niewinną obecnością prowadzi wprost do odkrycia zbrodni. Kańtoch nie robi z tego natrętnej metafory. Powtarzalność tego motywu przez cztery tomy nie wydaje mi się jednak przypadkowa. To kontrapunkt dla ludzkiej zdolności do okrucieństwa i samooszukiwania się, o której cała seria właściwie opowiada.
Trzeba też oddać sprawiedliwość rzemiosłu. Pierwszoosobowa narracja, prowadzona w trzech tomach na cztery przez samą Krystynę, jest jednym z tych zabiegów, które łatwo spartaczyć. Grozi jej monotonia, grozi nadmierna introspekcja. Kańtoch udaje się jednak utrzymać ją żywą i zróżnicowaną w zależności od dekady. Dwudziestoletnia Krystyna z 1966 roku brzmi inaczej niż komisarz z 1998 roku. Ta z kolei brzmi inaczej niż emerytka sprzed kilkunastu lat. To rzadka umiejętność. Chyba właśnie ona, bardziej niż same zagadki kryminalne, sprawia, że ten cykl wart jest czytania w całości, a nie punktowego sięgania po pojedyncze tomy.
Gdybym miał wskazać jedną rzecz, która w całej tetralogii budzi mój sprzeciw, wskazałbym rosnącą z tomu na tom skłonność do rozwiązań opierających się na specyficznych zbiegach okoliczności. Dochodzi do tego cyfrowa detektywistyka. Mam na myśli transakcje kartą, numery sklepów, ślady w internecie. To narzędzia skuteczne fabularnie. Chwilami sprawiają jednak wrażenie, że intryga została skonstruowana od rozwiązania w stronę zagadki, a nie odwrotnie. To jednak drobna rysa na czymś, co ostatecznie uważam za jedno z najbardziej dojrzałych psychologicznie osiągnięć współczesnego polskiego kryminału. To nie seria o zagadkach. To seria o kobiecie, której życie zagadki te tylko przy okazji przecinają.
Kańtoch pożegnała się z Krystyną Lesińską. A przynajmniej tak twierdzi, zostawiając sobie furtkę na trzecioplanowy powrót bohaterki gdzieś w przyszłości. Czy potrafię się z tym pożegnaniem pogodzić równie spokojnie, jak sama Krystyna pogodziła się z losem swojego brata? Chyba jeszcze nie do końca. To chyba jednak najlepszy dowód na to, że autorce udało się coś, co w literaturze gatunkowej udaje się rzadko. Sprawiła, że bohaterka serii kryminalnej zaczyna nam ubywać jak ktoś naprawdę bliski. Nie jak kolejna figura z okładki.
Metryczka
Tytuł: Wiosna zaginionych / Lato utraconych / Jesień zapomnianych / Zima pożegnanych
Autor: Anna Kańtoch
Cykl: Krystyna Lesińska (tomy 1–4)
Gatunek: kryminał
Wydawnictwo: Marginesy
Rok wydania: 2020 / 2021 / 2022 / 2026
ISBN: 978-83-66335-85-1 / 978-83-66863-10-1 / 978-83-67157-82-7 / 978-83-68549-85-0
