Kiedy zmysły zwodzą. „Słuch” Magdy Stachuli
Są kryminały, które czyta się wzrokiem. I są takie, które trzeba usłyszeć. Magda Stachula w drugim tomie serii „Zwodnicze zmysły” każe nasłuchiwać. Śpiewu kosa o świcie. Skrzypienia mokrych desek. Ciszy, która zapada, gdy kruk odlatuje od twarzy martwej dziewczyny.
Prolog należy do najmocniejszych otwarć, jakie czytałem w tym roku. Leśniczy idzie o świcie ścieżką w koronach drzew, żeby nagrywać ptaki. Zamiast tego znajduje ciało kołyszące się na linie. Scena jest naturalistyczna, ale nie efekciarska. Natura nie jest tu tłem, tylko świadkiem. Kiedy jako technik kryminalistyki prowadziłem oględziny miejsca, gdzie znaleziono wiszące ciało, pierwsze pytanie zawsze brzmiało tak samo. Czy człowiek sam założył pętlę, czy ktoś mu w tym pomógł? Na tym pytaniu Stachula opiera całą intrygę.
W Gorcach leśniczy znajduje na kładce ciało młodej kobiety. Niemal w tym samym czasie do krakowskiej komendy przychodzi matka, której córka od kilku dni nie odbiera telefonu. Sonia Tran studiuje na Akademii Muzycznej i jest wybitną pianistką. Ma słuch absolutny i chromestezję, czyli słyszane dźwięki widzi jako barwy. Matka nie wierzy, że dziewczyna po prostu się zakochała i wyjechała. Komisarz Julia Kosela zaczyna szukać zaginionej. Wkrótce słowacka policja informuje o kolejnym ciele. Wisi na podobnej kładce w Bachledowej Dolinie, po drugiej stronie Tatr. Dwie śmierci, dwa kraje i jeden niepokojący wzór. Więcej nie zdradzę.
Język tej powieści pracuje na dwóch zmysłach naraz. Sceny pisane są obrazem. Mgła nad kładką, porcelanowa skóra, czerwień szminki, czerń piór. Pod obrazem zawsze jednak coś brzmi. Pohukiwanie sowy o niewłaściwej porze, metaliczny dźwięk uderzenia w barierkę, jazgot remontu na korytarzu komendy. Autorka dopasowuje rejestr do sceny. W rozdziałach śledczych fraza jest rzeczowa, prawie protokolarna. W rozdziałach Soni zmienia się w partyturę. Krzyk ma kolor czerwieni, w której można utonąć. Złość gra jak marsz, a niesprawiedliwość jak walc. Fałszywy głos „ślizga się pomiędzy dwoma dźwiękami” i wchodzi w dysonans. Synestezję łatwo zamienić w ozdobnik. Stachula w większości przypadków tego unika, bo u niej obraz wyrasta z dźwięku, a nie go zastępuje.
Powieść ma budowę polifoniczną. Prolog prowadzi narrator trzecioosobowy, zewnętrzny wobec zdarzeń. Potem głos przejmują bohaterowie. Rozdziały oznaczone imionami Julii, Soni, Krystiana i Zuzanny to narracja pierwszoosobowa, prowadzona w czasie teraźniejszym. Każdy z narratorów wie tylko tyle, ile sam przeżył, zobaczył albo usłyszał. Odbiorca składa całość z cząstkowych relacji. Dochodzą do tego dwa porządki czasowe. Śledztwo Koseli biegnie naprzód, a rozdziały Soni prowadzą do chwili, której komisarz może się tylko domyślać. Obie linie zbliżają się do siebie jak dwa głosy w kontrapunkcie. Autorka oddaje też głos ofierze i sprawcy, nie zdradzając, kto jest kim. Najważniejsze jest jednak to, że żaden z tych głosów nie jest w pełni wiarygodny. Seria nosi tytuł „Zwodnicze zmysły” nie bez powodu.
Tytuł nie jest tu chwytem marketingowym. Słuch jest dominantą kompozycyjną i osią intrygi. Motto z „Snu nocy letniej” mówi, że ciemność odbiera wzrok, ale wyostrza słuch. Tak właśnie zbudowana jest ta powieść. Sonia słyszy więcej niż inni. Wychwytuje fałsz w głosie, słyszy zazdrość ukrytą pod gratulacjami, ton kłamstwa w czułych słowach. Ten dar jest dla niej jednocześnie ciężarem i zagrożeniem. W pewnym momencie usłyszeć znaczy za dużo wiedzieć. I być może właśnie dlatego trzeba zniknąć. Słuch napędza więc fabułę, a w końcu wpływa także na śledztwo. Rozwiązanie nie przychodzi przez oko, tylko przez ucho. Kosela zamyka oczy, zakłada słuchawki i słucha nagrania, na którym niczego nie widać. To jedna z najlepszych scen w książce. Pokazuje coś, co zna każdy praktyk. Nagranie trzeba czasem wysłuchać, a nie tylko obejrzeć.
Prokurator nadzorujący postępowanie i komisarz, która je prowadzi, są parą. W powieści to wątek ciepły i lekko żartobliwy. Jako były policjant patrzę na niego z niepokojem. Taki układ musi budzić wątpliwości co do bezstronności, a w realnej sprawie dałby obronie mocny argument. Nie przeszkadza mi sam romans. Przeszkadza mi to, że bohaterowie nie widzą problemu. Są jakby ślepi na granicę, której w tym zawodzie przekraczać nie wolno. Może to celowy paradoks serii, w której zmysły zawodzą także śledczych. Szkoda tylko, że Kosela nie poświęca temu choćby jednej refleksji.
W ogóle życie prywatne komisarz brzmi w tej partyturze mocno. Czasem zbyt mocno. Gra forte tam, gdzie śledztwo prosi o piano, i na chwilę zagłusza główny temat. Na szczęście nie na długo.
Znacznie lepiej wypada wrażliwość wobec ofiar i ich bliskich. Scena przekazania matce wiadomości o śmierci córki należy do najlepszych w książce. Kosela słusznie rezygnuje z wysłania zrozpaczonej kobiety na identyfikację zwłok za granicą. To decyzja ludzka, ale także procesowo rozsądna, bo człowiek w szoku może zaprzeczyć temu, co widzi. Ważny jest też wątek, o którym mówi się rzadko. Dziewczynę z synestezją latami leczono psychiatrycznie, bo nikt nie rozumiał, z czym ma do czynienia. Inność jako diagnoza. Ten motyw zostaje w głowie dłużej niż sama zagadka. Niewygodne, ale potrzebne są też rozdziały pisane z perspektywy chłopaka Soni. Kobieta jest dla niego trofeum, „trudną zawodniczką”, egzotyką do zdobycia.
Policyjną robotę autorka opisuje rzetelnie i z dobrym wyczuciem realiów. Zaginięcie od razu zostaje uznane za sprawę wysokiego ryzyka i trafia do komendy miejskiej. Tatuaż na ciele jest dla śledczych tylko znakiem szczególnym. Kieruje na trop, ale nie przesądza o tożsamości. Sekcję przeprowadza się na Słowacji, a jej protokół musi przełożyć tłumacz przysięgły, żeby mógł być dowodem w polskim postępowaniu. Nawet spór z naczelnikiem o pieniądze na zagraniczną delegację brzmi prawdziwie. Widać, że autorka korzystała z pomocy kogoś, kto zna tę pracę od środka.
Słabiej wypadają przesłuchania. Aspirant Kopczyński przerywa, ironizuje, rzuca insynuacje i zadaje pytania sugerujące. Od pierwszego zdania zakłada winę. Dobry obrońca zrobiłby z tego użytek na sali sądowej. Kosela z kolei wpatruje się w twarz przesłuchiwanego i szuka na niej „cienia kłamstwa”. Psychologia zeznań mówi jasno, że kłamstwa nie da się wyczytać z twarzy. I tu powieść staje się ciekawsza, niż może zamierzała autorka. Sonia ufa uchu, Kosela ufa oku. Oba zmysły potrafią zwieść.
Pomaga też przypadek. Dwie pary trafiają do tego samego opustoszałego pensjonatu. Mikrofon zamontowany dla turystów, którzy chcą posłuchać lasu online, rejestruje coś więcej. W kryminale takie zbiegi okoliczności są dopuszczalne. W prawdziwym śledztwie zdarzają się rzadziej, niż chcieliby śledczy.
Najciekawsze jest jednak to, że prawie wszyscy bohaterowie wybierają emocje zamiast rozsądku. Sonia słyszy fałsz w głosie chłopaka, a mimo to jedzie z nim w góry. Rezygnuje z tego, co ją chroniło. Zazdrość, potrzeba bycia wybraną i strach przed odrzuceniem prowadzą młodych ludzi dalej niż jakikolwiek plan. Śledczy ulegają przeczuciom i irytacji. Komisarz idzie za sercem tam, gdzie zawód wymaga dystansu. To nie jest naiwność postaci. To opowieść o toksycznych zależnościach, w których rozum przegrywa, zanim w ogóle zabierze głos.
„Słuch” to kryminał zmysłowy w dosłownym znaczeniu. Ma znakomity prolog, przemyślaną kompozycję wielogłosową i tytułowy motyw, który naprawdę pracuje na intrygę. Szwankują proporcje wątku obyczajowego i etyka jednej relacji. Finał zaskakuje, a po lekturze rzeczywiście zaczyna się nasłuchiwać uważniej. I z większą nieufnością wobec tego, co dociera do uszu.
Książka przeczytana dzięki Wydawnictwu W.A.B.
Metryczka
Tytuł: Słuch. Zwodnicze zmysły, tom 2
Autor: Magda Stachula
Gatunek: kryminał
Wydawnictwo: W.A.B.
Rok wydania: 2026
ISBN: 978-83-8449-347-2
