Twardoch bliżej Nike niż kiedykolwiek. Recenzja „Null”
Z cyklu nie kryminalnie
Są powieści, które opowiadają o wojnie z bezpiecznego dystansu archiwum, jakby autor przeglądał ją przez lupę historyka pochylonego nad sztabową mapą. Są też takie, które każą czytelnikowi zejść do jamy wykopanej w błotnistej ziemi, zasunąć za sobą maskowanie ze śmieci i darni i czekać, aż w nocnym niebie zawyje śmigłami dron. „Null” Szczepana Twardocha należy bezwzględnie do tych drugich. Różnica między jednym a drugim rodzajem literatury wojennej jest różnicą między wiedzą a doświadczeniem. To właśnie ona stanowi najgłębszy temat tej książki, głębszy nawet niż front, na którym się rozgrywa.
Tytuł nie jest metaforą do rozszyfrowania. To termin z żołnierskiej topografii, oznaczający pierwszą linię pozycji, za którą jest już tylko szara strefa niczyja, a dalej stanowiska wroga. Null to miejsce, za którym nie ma nic prócz próżni i śmierci. Właśnie tam, albo o krok od niego, spędzają swoje noce bohaterowie powieści: Koń, Szczur i ich towarzysze broni, ochotnicy Sił Zbrojnych Ukrainy o splątanych rodowodach, siedzący w rozmokłej piwniczce po spalonej chacie nad Dnieprem, nasłuchujący, czy warkot silnika w powietrzu należy do ich drona, czy do cudzego.
Twardoch jawi się w tej książce jako spadkobierca jednego z najważniejszych nurtów polskiej literatury dwudziestego wieku. Tego, który największe nazwiska, od Herlinga-Grudzińskiego przez Wata i Czapskiego po Borowskiego, poświęciły literackiemu zapisowi spotkania człowieka z sytuacją graniczną. Z łagrem, z cierpieniem, ze złem, ze śmiercią, z unieważnieniem porządku codzienności, jaki znało się wcześniej. U tamtych pisarzy sytuacją graniczną był Gułag i Lager. U Twardocha jest nią wojna. Mechanizm literacki pozostaje jednak ten sam. To zapis tego, co dzieje się z człowiekiem, gdy z jego świata nie zostaje kamień na kamieniu, a jedynym pewnikiem staje się fakt, że ktoś, gdzieś, w tej właśnie chwili, celuje w niego z nieba.
Tu ujawnia się prawdziwa siła tej narracji. Twardoch prowadzi ją tak, że czytelnik zostaje dosłownie przeniesiony w czas i miejsce wojny. Prosto do bunkra, do kryjówki, na linię ognia. Emocjonalnie to opowieść odwzorowana jeden do jednego. Czuje się aż do trzewi łoskot walki, warkot śmigieł drona, świst nadlatującej amunicji, siłę wybuchu sypiącego ziemią z betonowego stropu. A jednocześnie, im głębiej ta proza wciąga w fizjologię strachu, tym mocniej narzuca się świadomość czegoś zupełnie innego. My, żyjący w porządku nowoczesnej, otwartej i medialnej codzienności, nie jesteśmy w stanie naprawdę wyobrazić sobie tych okropieństw. To osobliwe zderzenie czegoś namacalnego z czymś, co pozostaje uparcie nienamacalne. Życie się przecież toczy. Widzimy obrazy z dronów, dramatyzm codziennych nalotów, okrucieństwo śmierci na linii frontu. A mimo to nawet niewielka odległość fizyczna, nawet natrętna obrazowość mediów, nawet najstraszliwsze relacje naoczne nie potrafią zbudować w nas realnego świata wojny. Tego, kim i jak staje się tam człowiek. Twardoch buduje w ten sposób coś, co można by nazwać epistemologią klęski. Pisze książkę, która dowodzi, że jej temat jest ostatecznie nie do przekazania, i robi to z pełną premedytacją. W tym paradoksie zawiera się chyba najuczciwsza rzecz, jaką literatura o współczesnej wojnie może dziś zaoferować.
Osobnym, i chyba najbardziej brawurowym elementem książki jest jej warstwa językowa, i to ona zasługuje na osobne, uważne omówienie. Twardoch nie tłumaczy niczego w przypisach ani glosariuszu. Polszczyzna przeplata się tu z ukraińskim i rosyjskim, czasem wprost cyrylicą, w tym z jej dawną, huculsko-kuliszówkową odmianą, którą wydawnictwo Marginesy z pieczołowitością zachowało w druku, nie zamieniając jej na transliterację. Żołnierski żargon naszpikowany jest wulgaryzmami, nazwami sprzętu i skrótami, które z początku odpychają, a z czasem stają się jedynym rejestrem zdolnym unieść rzeczywistość pozbawioną już miejsca na eufemizmy. Nie jest to język piękny w tradycyjnym rozumieniu tego słowa, ale oszczędność stylu i „zgrzytanie” dialogu nie tyle nawiązuje do prozy wojennej, co staje się opowieścią z okopów, z linii walki. Nagromadzenie w niej ukraińskiego czy rosyjskiego może stanowić początkowo barierę językową, ale z kolejnymi kartami zaczynamy odczuwać jak bardzo ważny i w pewien sposób skuteczny jest to zabieg pisarski. Ma zmusić do tego samego wysiłku orientacji w obcym, wrogim żywiole, jakiego na co dzień doświadcza bohater. Dopiero po kilkudziesięciu stronach język przestaje być przeszkodą i staje się medium immersji.
Istotnym nerwem tej konstrukcji są opowiedziane biografie bohaterów, z zarysowanym przejściem od czasu pokoju i wolności do czasu wojny, zamknięcia, strachu i bliskości dosłownej śmierci. I to właśnie ten wątek, przy powtórnej lekturze, wydaje mi się najciekawszą, choć najciszej prowadzoną warstwą powieści. Koń nie jest żołnierzem z odwiecznym powołaniem. To człowiek, który jeszcze niedawno pił wino na placu Zbawiciela w Warszawie, a teraz z trudem przypomina sobie, czy tamten świat w ogóle istniał. Twardoch prowadzi tę biografię wstecz, do dzieciństwa spędzanego na wakacjach u dziadka mówiącego łamaną, zachodnią ukraińszczyzną, do milczenia rodziny na temat tego, kim właściwie był ten dziadek w czasie wojny, do niemieckiej babki, której nazwiska nikt już nie pamięta, do ojca desperacko powtarzającego, że są normalną polską rodziną w normalnej Europie. Koń dziedziczy więc nie jedną, tylko kilka tożsamości naraz, polską, ukraińską i niemiecką, z których żadnej nie może w pełni uznać za swoją, i to poczucie bycia, jak mogłaby to ująć sama powieść, kimś w rodzaju kundla, staje się jednym z kluczy do zrozumienia, dlaczego w ogóle znalazł się po złej stronie Dniepru.
Ten wątek wielonarodowości i wielokulturowości pozwala zresztą osadzić „Null” w jeszcze jednym, starszym i równie ważnym nurcie polskiej myśli. Nie tylko w linii obozowej, o której była mowa wyżej, ale w tradycji eseistyki granicznej, karpackiej i naddniestrzańskiej, jaką uprawiali Jerzy Stempowski i Stanisław Vincenz, obaj zapatrzeni w wielojęzyczny, wielowyznaniowy świat pogranicza, w którym polskość, ukraińskość, żydowskość i huculska odrębność współistniały, zanim wieki dwudziesty rozstrzygnął tę wspólnotę ogniem i deportacją. To także echo politycznej wizji paryskiej „Kultury” Jerzego Giedroycia, który już w latach powojennych, wbrew nastrojom emigracji, przekonywał, że przyszłość Polski leży w dobrosąsiedzkim uznaniu podmiotowości Ukrainy, Litwy i Białorusi, nie w nostalgii za utraconymi Kresami. Koń, wnuk banderowca i Niemki, wychowany w polskim domu, który tę spuściznę woli przemilczeć niż z nią żyć, jest w gruncie rzeczy postacią z tego samego, giedroyciowskiego rachunku sumienia. Twardoch nie pisze traktatu politycznego, ale w losie jednej rodziny z Dolnego Śląska powtarza w miniaturze to samo pytanie, które przed laty stawiali sobie emigranci znad Sekwany. Czy można być Polakiem bez wypierania się tego, co w polskości nigdy nie było czysto polskie? Wojna, każąc Koniowi przypomnieć sobie, kim byli jego przodkowie, odpowiada na to pytanie brutalniej, niż odpowiedziałby jakikolwiek esej.
Nie mogę przy tym pominąć okoliczności powstania tej książki, bo rzucają one dodatkowe światło na jej wiarygodność. Twardoch od pierwszych dni pełnoskalowej inwazji zaangażował się w pomoc ukraińskiej armii. Organizował zbiórki, osobiście dostarczał na front sprzęt, drony i wyposażenie warte, jak sam podaje, ponad dwa miliony złotych. Pomysł na książkę zrodził się właściwie przypadkiem. Pewnego wieczoru, wracając z Donbasu do Kijowa, wciąż nasiąknięty rozmowami z żołnierzami w okopach, zaczął notować, zanim te historie zdążyłyby wyblaknąć w pamięci. Z tych notatek wyrosła później między innymi nić opowieści o jednym z drugoplanowych bohaterów i jego stracie. Niemiecki wydawca Twardocha zamówił u niego rozszerzenie dwóch wcześniej publikowanych esejów o wojnie w formę książki non-fiction. Pisarz długo się z tym zadaniem zmagał, aż przypomniał sobie, że jest przecież powieściopisarzem, i porzucił reportaż na rzecz fikcji, która, jak sam przyznaje, popłynęła mu wtedy znacznie łatwiej. W nocie zamykającej książkę zastrzega, że postaci i wydarzenia są zmyślone, bo inaczej nie dałoby się opisać tej wojny tak blisko prawdy, jak potrafił. Numery brygad podanych w powieści nie odpowiadają żadnym istniejącym jednostkom, choć podobieństwa, jak pisze, mogą, ale nie muszą być przypadkowe.
„Null” ukazał się nakładem wydawnictwa Marginesy pod koniec lutego 2025 roku, niemal dokładnie w trzecią rocznicę pełnoskalowej agresji, i szybko wyszedł poza granice Polski. Trafił do Niemiec i na Słowację, zyskał uznanie krytyki niemieckojęzycznej, a wkrótce ukazać się mają przekłady ukraiński, białoruski, japoński, hiszpański i włoski.
Do tej listy doszła niedawno kolejna, szczególnie bliska mi jako recenzentowi wiadomość. „Null” znalazł się wśród dwudziestu tytułów nominowanych do jubileuszowej, trzydziestej edycji Nagrody Literackiej Nike, a na początku września wszedł do finałowej siódemki, obok książek Anny Bikont, Doroty Grabek, Justyny Kulikowskiej, Krzysztofa Łapińskiego, Weroniki Murek i Zyty Rudzkiej. Laureata poznamy czwartego października, a nagroda wynosi sto tysięcy złotych. Dla Twardocha to już czwarta nominacja do Nike, po trzech wcześniejszych finałach zakończonych bez statuetki. Powiem otwarcie, bez chowania się za dyplomatyczną ogólnością: uważam „Null” za faworyta tegorocznej edycji. Nie dlatego, że temat wojny w Ukrainie jest dziś medialnie nośny, bo to byłby argument najsłabszy z możliwych i sam Twardoch pierwszy by go odrzucił. Sądzę tak, ponieważ rzadko która książka w tej finałowej siódemce łączy równocześnie tak wysoką temperaturę świadectwa, tak przemyślaną konstrukcję narracyjną i tak wyraźny ślad w międzynarodowej recepcji literackiej. Jeśli jury szuka w tym roku tytułu, który definiuje coś więcej niż siebie samego, definiuje moment, w którym literatura polska musiała się zmierzyć z wojną dziejącą się naprawdę, blisko, za miedzą, trudno o kandydata bardziej oczywistego.
To rzadki przypadek książki napisanej z absolutnie osobistego zaangażowania, która mimo to, a może właśnie dlatego, nie brzmi ani przez chwilę jak manifest czy publicystyka przebrana za powieść. Brzmi jak coś, co ktoś musiał opowiedzieć, żeby nie oszaleć, i co teraz, siłą literackiego talentu, staje się także naszym, czytelniczym, brzemieniem. Niewielkim w porównaniu z tym, co niosą bohaterowie, ale jednak realnym. Warto je unieść.
Metryczka
Tytuł: Null
Autor: Szczepan Twardoch
Gatunek: powieść wojenna
Wydawnictwo: Marginesy
Rok wydania: 2025
ISBN: 978-83-67262-76-7
