Jak FBI stworzyło idealną pułapkę dla gangsterów? Joseph Cox o historii „Anomu”
Co było dla Pana największym zaskoczeniem podczas zbierania materiałów do „Anomu” – sama skala operacji, jej etyczne konsekwencje, czy może to, jak bardzo świat przestępczy przypomina legalną gospodarkę?
Zdecydowanie skala — zarówno po stronie przestępców, jak i organów ścigania. Niektórzy z tych ludzi nawet nie wstawali z łóżka, jeśli nie chodziło o przemyt wielu ton narkotyków. A po stronie służb Anom rozrósł się do rozmiarów, których chyba nikt się nie spodziewał, nawet FBI. Około 12 tysięcy urządzeń w ponad stu krajach. To naprawdę oszałamiające.
Gdzie przebiegały granice dostępu do informacji – w których momentach śledztwa dziennikarskiego trafiał Pan na „mur milczenia” ze strony służb, a gdzie paradoksalnie łatwiej było uzyskać wiarygodne dane od ludzi ze świata przestępczego?
Myślę, że wielu ludzi zdziwiłoby się, jak otwarci potrafią być przestępcy. Oczywiście trzeba ostrożnie podchodzić do ich informacji i wszystko weryfikować, ale czasami są skłonni rozmawiać, jeśli podchodzisz do sprawy chłodno i analitycznie. Poza tym wielu z nich uważa, że FBI posunęło się za daleko — co naturalnie może wynikać z ich linii obrony. Najtrudniejszym wyzwaniem reporterskim były jednak służby. Próbowałem wielokrotnie zdobyć wywiady z FBI i agencja konsekwentnie odmawiała. W końcu zakradłem się na konferencję przeznaczoną wyłącznie dla funkcjonariuszy i tam zagadnąłem agentów FBI. Chyba moja upartość się opłaciła, bo ostatecznie zostałem zaproszony do biura FBI w San Diego.
Kiedy w procesie pracy nad książką pojawił się moment, w którym uznał Pan, że ma już materiał nie tylko na reportaż, ale na opowieść o charakterze niemal thrillera?
W zasadzie w chwili, gdy Departament Sprawiedliwości ujawnił operację Anom. Od lat zajmowałem się branżą szyfrowanych telefonów. Opisywałem też wydarzenia, które doprowadziły do powstania Anom, w tym likwidację Phantom Secure. Kiedy Departament Sprawiedliwości ogłosił: „prowadziliśmy własną firmę produkującą szyfrowane telefony”, od razu wiedziałem, że to materiał na książkę. To było logiczne, choć surrealistyczne zakończenie całej historii: skoro nie możemy podsłuchiwać tych telefonów, stwórzmy własną firmę.
Jak weryfikował Pan informacje pochodzące z tak różnych, często sprzecznych źródeł – agentów FBI, służb innych państw i osób związanych z przestępczością – żeby zachować maksymalną wiarygodność?
To wymagało ciągłego wracania do źródeł, kiedy zdobywałem nowe informacje. Często na początku nie mówili mi wszystkiego. Rozmawiałem więc z kolejnymi ludźmi, zdobywałem nowe dokumenty, a potem wracałem z następnymi pytaniami. Moi rozmówcy pytali wtedy: „Zaraz, skąd ty to wiesz?”. Widzieli, że naprawdę wykonuję ogrom pracy, więc coraz bardziej się otwierali. Sam proces weryfikacji wyglądał podobnie jak przy innych projektach reporterskich, tylko na znacznie większą i bardziej skomplikowaną skalę. Czasami sprawdzałem informacje przestępców u służb, czasami odwrotnie, a czasami w dokumentach. Miałem też świetnego fact-checkera, który bardzo pomagał. To była jednak gigantyczna układanka, którą trzeba było złożyć w całość.
Czym różniło się pisanie „Anomu” od klasycznego reportażu kryminalnego – jakich narzędzi narracyjnych użył Pan, by uniknąć suchego, sprawozdawczego tonu i zbudować historię „z wnętrza” operacji?
Bardzo chciałem, żeby była to prawdziwa sensacyjna historia true crime. Uwielbiam takie książki. Kocham też filmy kryminalne — Heat, Casino, Infiltrację, wszystkie tego typu produkcje. Chciałem napisać coś, co da czytelnikom poczucie uczestniczenia w filmie kryminalnym. Dlatego skupiałem się czasem na drobnych detalach: w co ludzie byli ubrani, w jakim budynku się znajdowali, jaka muzyka grała w tle. Wszystko, co mogło dać czytelnikowi poczucie przestrzeni i jednocześnie przekazać fakty tej operacji. To ciekawy problem w dziennikarstwie i literaturze faktu: oczywiście dla historii byłoby łatwiej, gdybym mógł po prostu wymyślić pogodę, wyobrazić sobie czyjąś minę albo to, czy koszula była wyprasowana czy pognieciona. Ale nie mogę. Każdy szczegół w tej książce pochodzi z mojego reportażu — z rozmów z uczestnikami wydarzeń, dokumentów albo innych źródeł. Naprawdę starałem się wydobyć te detale, by ten prawdziwy świat ożył.
Dlaczego zdecydował się Pan pokazać historię zarówno z perspektywy służb, jak i przestępców – czy zależało Panu na zniuansowaniu moralnej oceny tej operacji, zwłaszcza w kontekście pytania, czy FBI „nie poszło za daleko”?
Naprawdę uważam, że przy opisywaniu przestępczości trzeba rozmawiać zarówno z przestępcami, jak i służbami. Robię to od lat przy tematach związanych z szyfrowanymi telefonami, hackingiem i cyberprzestępczością. Ludzie zazwyczaj słyszą głównie głos organów ścigania. To zrozumiałe — mają władzę i możliwość publicznego opowiadania o sprawie. Przestępcy często siedzą w więzieniach i nie mogą mówić. Ale kiedy rozmawiałem z obiema stronami, zaczął wyłaniać się obraz historii, której FBI raczej nie chciało pokazywać publicznie: że ta operacja zaczęła wymykać się spod kontroli. Nie zobaczyłbym tego, gdybym rozmawiał tylko z wybranymi funkcjonariuszami jednej strony. Musiałem porozmawiać ze wszystkimi.
Kto był dla Pana najtrudniejszym rozmówcą – agent, który nie mógł mówić wprost, czy przestępca, który mógł manipulować narracją – i jak radził Pan sobie z ich motywacjami oraz próbami kontroli przekazu?
Myślę, że tutaj powtórzyłbym to, co mówiłem wcześniej o dostępie do FBI — to właśnie ten wątek przychodzi mi pierwszy do głowy.
Bardzo dziękuję, jestem bardzo wdzięczny za rozmowę!
