Recenzja: Tomasz Jamroziński „Schodząc ze ścieżki”

Autor: Tomasz Jamroziński
Tytuł: Schodząc ze ścieżki
Wydawca: Wydawnictwo Oficynka
Rok wydania: 2012
ISBN: 978-83-62465-56-9
Liczba stron: 484


Powieść ta w swoim głównym nurcie fabuły jest znakomitym przykładem detektywistycznej powieści kryminalnej – zbrodnia na początku, a na dalszych kartach śledztwo zmierzające do wykrycia sprawcy tej zbrodni – ale ta książka, na szczęście dla czytelników, to wyraźnie coś więcej. Mowa o powieści Tomasza Jamrozińskiego „Schodząc ze ścieżki”. Spojrzyjmy od samego początku na jej konstrukcję. Odbiega ona od kanonów powieści detektywistycznej, albowiem właściwie zbrodnia pojawia się na trzeciej-czwartej karcie i jej rozwiązanie śledcze także ogłoszone zostaje nie na ostatniej stronicy, ale kilka kart przed zakończeniem. W przypadku powieści Jamrozińskiego „spinaczem” opowieści są postacie policjantów, tych którzy w sprawę byli zaangażowani, a dokładnie w pierwsze i drugie śledztwo. I nim napisze o tych śledztwach, wrócę jeszcze do tego, co – moim zdaniem – najlepsze w tej książce, intrygi kryminalnej. Autor skonstruował ją niezwykle ciekawie i rozwojowo, odegrał ją literacko w odpowiedniej ilości scen. I co ważne dla kryminału, karty odkrywał w odpowiednim tempie i w udanie dobranych ruchach, raz szybciej, raz gwałtowniej, raz z zaskoczenia, raz z zapowiedzi, z pełna oczywistością. Świadomie używam porównania do gry karcianej, bo największym atutem „Schodząc ze ścieżki” jest znakomicie utrzymane napięcie śledztwa i nieodgadniona do końca postać sprawcy. Zwłaszcza doceni to wprawiony czytelnik wszelkiej maści utworów kryminalnych, o dużym zmyśle detektywistycznym. W przeciwieństwie do wcale nie rzadkich utworów innych autorów, u Jamrozińskiego sprawca nie jest oczywisty i nie daje się tak łatwo i szybko rozpoznać. Nawet mimo tego, że zgodnie ze starą zasadą śledczą znajduje się w pierwszym tomie akt. 
 

Intryga kryminalna, patrząc choćby na tytuł książki, nie była wcale najważniejszym elementem literackiego projektu, który zrealizował częstochowski pisarz. „Schodząc ze ścieżki” jest bowiem także powieścią o tym wszystkim, co dzieje się w życiu ludzkich poza jego głównym nurtem, poza ścieżką, a co często rzutuje najsilniej czy decydująco na losy ludzkie i rzeczywistość. Wczytajmy się w słowa samego autora, który ku mojemu zdziwieniu, jak się wydaje, zbyt szybko publicznie, „odczytał” własny tytuł: schodząc ze ścieżki, możesz zobaczyć za dużo, ale możesz też odkryć tajemnicę. W tej opowieści wszyscy zbaczają z drogi – morderca odrzuca zbawienie i prawo, trzymając się chorych, ustanowionych przez siebie zasad, policjanci działają na własną rękę w obawie przed kolegami, którzy mogli zatuszować bardzo poważną sprawę. No cóż, a ofiary zeszły ze ścieżki w sposób najbardziej dosłowny – w majową noc nad brzeg glinianki… lustro wody, lustro dna. Dominującym motywem „zejścia ze ścieżki” jest w tej książce prowadzone przez dwóch głównych bohaterów śledztwo, realizowane poza oficjalnym tokiem, na własną rękę. Nie bójmy się powiedzieć – poza prawem, ale i też wbrew niektórym przełożonym, którzy wcześniej zatuszowali własne, niezgodne z faktami decyzje procesowe. Dzięki tak zarysowanej sytuacji komisarz Andrzej Wołoszynow i aspirant Bartosz Zdaniewicz zdani są tylko na siebie. Muszą prowadzić nieformalne śledztwo wyłącznie z użyciem własnych umiejętności policjanta pionu operacyjnego, kamuflując własne działania, ich cel i samych siebie, by nie dopuścić do odkrycia, kim naprawdę są. Przedstawienie tej gry operacyjnej, podkreślmy prowadzonej przecież poza oficjalną sprawą, Jamrozińskiemu udało się znakomicie. Ci dwaj bohaterowie są niezwykle realni. A nawet więcej, spokojnie możemy powtórzyć za Mariuszem Czubajem, że są to „policjanci z krwi i kości”. Świadczy o tym ich determinacja, ich „psi węch”, ale też sposób działania, motyw. Może jednak o ich prawdziwości świadczy głównie ich niepoukładane życie, gdzie praca zawodowa silnie przeplata się ze sprawami prywatnymi, a niekiedy rzutuje w sposób dominujący na – że się tak wyrażę – egzystencję. To jest kolejny atut tej książki – dwie główne postacie policjantów. 
 
Narracyjnie nieznaczna dominacja dotyczy postaci aspiranta Bartosza Zdaniewicza, ale de facto jako bohater „Schodząc ze ścieżki” zostaje on przysłonięty sylwetką innego bohatera, komisarza Andrzeja Wołoszynowa. Z pewnością jest to najciekawszy bohater omawianej książki. Zamysł literacki dotyczący tej postaci, nie boję się powiedzieć, godny jest najlepszych mistrzów współczesnego kryminału. Nie jest to postać obojętna, nie jest tuzinkowa, daje się albo lubić, albo co najmniej budzi niesmak. Wnikliwy i spostrzegawczy policjant, o wysokim stopniu logiczności myślenia śledczego, a jednocześnie degenerat, alkoholik o niewyparzonej gębie i zachowaniu. A w tle tego wszystkiego po raz który wraca i jakby tłumaczy jego postępowanie przeżyta przez niego historia śmierci córki z rak przestępców i późniejsza zemsta Wołoszynowa na nich. Naprawdę świetny pomysł na postać policyjną, dobrze przedstawioną, choć jeszcze trochę musi się Tomasz Jamroziński nauczyć taką osobę przedstawiać, nie tyle narracyjnie, ale w samej fabule, jej decyzjach i działaniach. Postać Zdanowicza także jest ciekawa, lecz wyraźnie słabsza, z mniejszym balastem psychologicznym i słabszym skomplikowaniem wewnętrznym. Ale jak na debiut powieściowy, brawa za te postaci, nie są jednak byle jakie i pozwalają się dość szybko zaangażować czytelnikowi emocjonalnie podczas lektury.
 
Moim zdaniem słabsze strony tych dwóch postaci, jak i samej książki, kryją się tak naprawdę w jednej rzeczy – dialogach. O ile powieść „Schodząc ze ścieżki” jest jako całość ciekawą propozycja literacką, a jeśli mierzyć kategoriami debiutu powieściowego, to nawet bardzo udana, to niestety język dialogów głównych bohaterów miejscami zupełnie mnie nie przekonuje. Zacytuje jeszcze raz samego autora, który starał się wytłumaczyć zachwyt Mariusza Czubaja nad omawianą książką następująco: przekonały go chyba niewymuszone i niecenzurowane dialogi, rozmowy pełnego rozterek aspiranta Zdaniewicza z komisarzem Wołoszynowem, człowiekiem o niewyparzonej gębie, którego teksty mnie samego zaskakiwały i nieraz bawiły, jakbym sam ich nie pisał. Tak chwilami teksty te bawią, nieraz zaskakują, ale mnie zbyt często raziły zbyt wielkim luzem językowym, swoistą grypserą policyjno-gangsterską (taka w rzeczywistości istnieje, ale musze przyznać, że „przetestowałem” kilku młodszych i starszych kolegów policjantów kryminalnych tekstami Wołoszynowa i…. niestety muszę przyznać wraz z nimi, że chyba język, określmy go jako częstochowski, jest tak bardzo odmienny, że często nieautentyczny). Na szczęście dla całej książki takie formy słowne w ustach głównych postaci nie dominują. Trzeba przyznać, że faktycznie warstwa humorystyczna jest widoczna i cenna dla całości rozmów umieszczonych w tej książce. Szkoda – moim zdaniem – że obaj policjanci okazali się tak mało plastyczni właśnie na poziomie języka, w przeciwieństwie do większej gamy zachowań. Zajmując się językiem postaci Woloszynowa, nie mogę na zakończenie recenzji nie odnieść się do „męczącej” mnie wypowiedzi tego właśnie bohatera: Nie widziałeś napisu na czwórce? Tam w komisariacie na głównych drzwiach do kibli ktoś napisał, że wymiar sprawiedliwości nie polega na pytaniu, kto jest winien, a kto nie; chodzi o to, żeby mieć winnego. Podpisane Marek Hłasko. Chuj, kto to Hłasko, ale ziarnko prawdy w tym jest, jak w każdej legendzie. Legenda? Sam Hlasko w Częstochowie mieszkał krótko, jako 11-letni dzieciak w okresie bodajże listopad 1944 – marzec 1945 rok. Napisu oczywiście wykonać nie mógł. Wyrył go jakiś stały bywalec ubikacji? Policjant? Taka dobra rada starszego kolegi dla młodszych? Wątpię, tym bardziej wątpię w takie zaczytanie Hłaską policjanta, a tym bardziej starej daty milicjanta. Napisał klient komisariatu? Świadek, podejrzany? I jeszcze taki „graficiarz” cytuje literaturą, a na dokładkę podpisuje autorem? Czekam z niecierpliwością na kolejna powieść kryminalną Tomasza Jamrozińskiego, mając nadzieje, że tak genialne cytaty wykorzysta w bardziej przekonujący sposób.
[dodajbox]