„Rzeźnia” Kuźmińskich. Spadek cięższy niż majątek
Są rodziny, które dziedziczą majątek. Są też takie, które przede wszystkim dziedziczą milczenie. W „Rzeźni” Małgorzaty i Michała Kuźmińskich jedno i drugie leży w tym samym sejfie. Klucz do niego zaginął ponad dwadzieścia lat temu razem z najstarszym synem. Wojciech Szlachta, twórca mięsnego imperium Wojmięs, umiera bez testamentu. Przez dwie dekady nie pozwolił uznać Grzegorza za zmarłego. Teraz ten ojcowski upór blokuje podział spadku i przyszłość firmy. Rodzeństwo wynajmuje więc detektyw Sylwię Nowak. Jej zadanie jest konkretne i brutalnie pragmatyczne. Ma odnaleźć ciało brata. Najlepiej szybko.
Taki punkt wyjścia wydaje się ryzykowny. Nie ma zwłok, nie ma miejsca zbrodni, nie ma nawet pewności, że zbrodnia się wydarzyła. Jest tylko nieobecność sprzed dwudziestu lat, stare akta i ludzie, którzy zdążyli ułożyć sobie wygodne wersje wydarzeń. Wydawałoby się, że z takiego materiału trudno zbudować wciągającą intrygę. Kryminał lubi przecież konkret, ciało i ślad. Kuźmińscy udowadniają, że brak bywa bardziej dojmujący niż obecność. Pusta przestrzeń po zaginionym okazuje się polem, na którym każdy z bohaterów zostawia własne odciski. A gdy ginie były policjant, który przez lata zajmował się sprawą, staje się jasne, że ktoś wciąż pilnuje przeszłości.
Wydawca i polecający książkę Ziemowit Szczerek kuszą porównaniem do „Sukcesji”. Śmierć patriarchy, rodzinne imperium, rodzeństwo o sprzecznych interesach i pytanie, kto przejmie władzę. To trafny klucz, ale tylko pierwszy. „Rzeźnia” nie jest bowiem wyłącznie kryminałem o sukcesji. Jest przede wszystkim powieścią o miejscu i o czasie, który to miejsce ukształtował.
Powieściowe Chlewino leży pod Koszalinem. Kto pamięta tamte lata, wie, że w dawnych województwach koszalińskim i słupskim państwowe gospodarstwa rolne nie były dodatkiem do krajobrazu. Były krajobrazem. Kiedy po reformach Balcerowicza zaczęły bankrutować, razem z nimi znikała praca, rytm dnia i poczucie, że ktoś za coś odpowiada. Bezrobocie przestało być statystyką. Stało się stanem trwałym, przechodzącym z ojca na syna. Na tych gruzach jedni tracili wszystko, inni budowali fortuny. „Chlewino to zdecydowanie miejsce, gdzie wszyscy wiedzą wszystko o wszystkich, a na pewno wiedzą wszystko o Szlachtach”. Zdanie prawdziwe i zarazem niepełne. Przeszłość tej wsi i tych ludzi ma strony zakryte, a może po prostu nieodkryte przez zwykłych mieszkańców. Są w niej rzeczy mroczne, fałszywe wobec ludzi i wobec rodziny, przede wszystkim zaś złe etycznie.
Najlepiej widać to w tym, jak różnie wieś opowiada samego Szlachtę. Mateusz Dworak, trzydziestosiedmiolatek urodzony w Chlewinie, dziś kierowca rodziny i pracownik fundacji prowadzonej przez Julię, nie pojawia się w powieści przypadkiem. Jest jak ukryty mieszkaniec dworu, obecny i niewidoczny zarazem. Przede wszystkim jednak jest przekonany, że bez Wojciecha Szlachty jego los byłby smutny, a może żaden. Dla niego Szlachta to dobroczyńca, który dał szansę tam, gdzie nikt inny jej nie dawał. Ale w tej samej wsi żyją ludzie, którzy pamiętają innego Szlachtę. Kogoś, kto w czasie przemian nie dotrzymał słowa. Kto okradł sąsiadów z pieniędzy, przyszłości i lepszego losu, a na ich krzywdzie postawił sobie złotego cielca, Wojmięs. Krążą też szepty gorsze, o interesach z białoruskimi rzeźnikami i o dziewczynach ze Wschodu, które zamiast lepszego życia trafiały do niemieckich burdeli. Te dwie opowieści o jednym człowieku są w gruncie rzeczy dwiema opowieściami o polskiej transformacji. Chlewino, z całym balastem pegeerowskiej gospodarki i zmian, które dokonywały się z udziałem Szlachty i za jego pośrednictwem, staje się lustrzanym odbiciem kraju od schyłku lat osiemdziesiątych przez całe dziewięćdziesiąte aż po przełom wieków.
W tworzeniu takich literackich obrazów społeczności Kuźmińscy pozostają mistrzami. Nie dają analitycznego, badawczego spojrzenia. Nie prowadzą wykładu z socjologii. Piszą żywy zapis złożony z ludzkich historii. Małej wsi, jednej rodziny, a przez nie całego kraju nad Wisłą.
Czytając, trudno mi było nie myśleć o sprawie Krzysztofa Olewnika. Syn potentata branży mięsnej z Drobina pod Płockiem, porwanie w 2001 roku, lata poszukiwań. Obok policji i prokuratury działali w niej prywatni detektywi, informatorzy, jasnowidze. Rodzina, która nie ufała już instytucjom, i instytucje, które nie zawsze na zaufanie zasługiwały. Historia zaginięcia Grzegorza, z prywatnym detektywem Siudakiem wynajętym przez ojca, z jasnowidzami i informatorami w tle, przypomina tamtą sprawę jak żywo. To jednak typowe dla Kuźmińskich. Prawdziwa historia jest dla nich źródłem, nie gotowym scenariuszem. Przetwarzają ją po swojemu, stając się kronikarzami czasu i miejsca, a nie kopistami true crime.
Z tego źródła wyrasta rodzina Szlachtów, którą poznaje się z rosnącym niepokojem. Maciej, od zawsze w firmie ojca, dziś pełniący obowiązki prezesa, nosi Wojmięs jak drugą skórę. Joanna jest najbardziej niedoceniona z całego rodzeństwa. Latami patrzyła, jak ojciec odmawia kobiecie prawa do zarządzania, do dobrych pomysłów, do zawodowej powagi. Ta frustracja nie wybucha. Ona się tli. Aleks, młodszy od Macieja i Joanny, wieczny poszukiwacz startupów, wciąż szuka pomysłu na siebie. Julia, najmłodsza i najdelikatniejsza, była oczkiem w głowie ojca i miała na niego największy wpływ w sprawach emocji. Rodzeństwo traktuje ją z pobłażliwym lekceważeniem, jakby wrażliwość była naiwnością. Jest też Bożena, pierwsza żona Szlachty i matka Grzegorza, której nie wolno pominąć, bo jej milczenie waży w tej rodzinie nie mniej niż ojcowskie słowa.
Kuźmińscy prowadzą te portrety głębiej i szerzej niż portrety jakichkolwiek wcześniejszych bohaterów swoich powieści. To ludzie sobie najbliżsi, a jednocześnie wciąż stojący w cieniu ojca. Wojciech Szlachta nie żyje, ale jest obecny na każdej stronie. Każde z dzieci inaczej pamięta te same zdarzenia. Jedno pielęgnuje przeszłość, drugie ją wypiera. Inaczej przeżywają emocje, inaczej noszą uprzedzenia. Z tego powstaje wyjątkowe zderzenie charakterów. Są przeciwieństwa, ale są też świetnie uchwycone więzi, których nie da się wytłumaczyć rozsądkiem. Zaginięcie Grzegorza, mimo dawnych działań ojca i Siudaka, w perspektywie śledztwa Sylwii staje się katalizatorem. Odpala wybuchy emocji, decyzje i czyny, których nikt z nich by się po sobie nie spodziewał.
W środku tej konstelacji pozostaje puste miejsce po Grzegorzu. I piosenka, która mówi o nim więcej niż niejeden protokół. Paktofonika, „Jestem Bogiem”. Ulubiony utwór zaginionego. Ojciec tej muzyki nienawidził. Chciał innego syna. Twardego, zaangażowanego w firmę i biznes, nieustępliwego wobec ludzi i życia. Grzegorz słuchał tekstu o kimś niepokonanym, a sam okazał się najbardziej bezbronny z całej rodziny. Ta piosenka wraca w powieści jak refren i z czasem nabiera znaczenia symbolicznego. Nie zdradzę jakiego. Powiem tylko, że to jedno z tych rozwiązań, które zostają w głowie dłużej niż odpowiedź na pytanie „kto?”.
W tym miejscu muszę odezwać się jako kryminalistyk. Szlachta i Siudak latami uparcie drążyli wątek mafijny. Podejrzewali zemstę. Dlatego obstawali przy wersji z porwaniem i dlatego działali w tajemnicy, żeby nie ujawnić przeszłości Wojmięsu. Znam ten mechanizm z praktyki, choć nie z tak bogatych domów. Rodzina prowadzi własne, równoległe śledztwo. Wie więcej, niż mówi policji. Chroni to, co uważa za ważniejsze od prawdy. Reputację, firmę, obraz ojca. Każda taka tajemnica zostawia w aktach dziurę, której potem nikt już nie załata. Pytanie, które stawia „Rzeźnia”, jest proste i bolesne. Ile prawdy można poświęcić, żeby ocalić to, co się zbudowało? I czy ojciec, który przez dwadzieścia lat nie pozwolił pochować syna, robił to z miłości, czy ze strachu przed tym, co odnaleziony syn mógłby o nim powiedzieć? Kuźmińscy nie wydają wyroku. Zostawiają go czytelnikowi i to jest uczciwe.
Widać, że autorzy znają realia śledcze nie tylko z lektur. To efekt lat pracy nad własnymi powieściami, ale też nad książkami o prawdziwych sprawach. W „Ścigając zło. Rozmowy o zbrodni, śledztwie i karze” rozmawiali z policjantami, prokuratorem, biegłymi i medykiem sądowym. Opowiadali o prawdziwych zbrodniach w cyklu „Opowiem Ci o zbrodni”. Właśnie ukazała się ich nowa książka true crime, „Sprawcy i ofiary. Prawdziwe historie polskich zbrodni”, w której wracają między innymi do zbrodni połanieckiej i sprawy Bogdana Arnolda. Małgorzata Fugiel-Kuźmińska napisała ponadto z profilerem Janem Gołębiowskim „Urodzonych morderców?”. Tę wiedzę i cudze doświadczenie potrafią wykorzystać ciekawie i z wyczuciem. Korzysta z niej podkomisarz Bartosz Miśko, który w policyjnym śledztwie sięga po opinie biegłych, ale też po pomoc specjalistów od monitoringu, śladów cyfrowych i danych telekomunikacyjnych. Korzysta też Sylwia Nowak, zamawiając prywatne konsultacje ekspertów. A jednak i najlepszym zdarza się potknięcie. „Na badania daktyloskopowe, gantiskopowe i traseologiczne musiał czekać”. Przymiotniki od nazw specjalności kryminalistycznych tworzy się inaczej. Mamy badania daktyloskopijne i gantiskopijne, tak jak traseologiczne. To drobiazg. Wynika najpewniej z tego, że autorzy nie obcują z tą terminologią na co dzień, w pracy zawodowej. Nie wychwycił go jednak także redaktor w wydawnictwie, któremu tej specjalistycznej wiedzy również zabrakło. Poważniej zastanowiła mnie łatwość, z jaką Sylwia dociera do ekspertów. Na polskie warunki to zaskakująco szybkie i proste. Tym bardziej że chodzi o gantiskopię i traseologię, specjalności coraz rzadsze w laboratoriach. Przyznaję jednak, że w powieści działa to dobrze. Opinie ekspertów są udanym uzupełnieniem informacji, które Sylwia zdobywa, i kart przeszłości, które odkrywa z właściwym sobie uporem.
„Rzeźnia” to drugi tom cyklu z Sylwią Nowak, byłą policjantką i agentką ABW, dziś prywatną detektywką. Czytelnicy pamiętają ją z „Kamienia”, a własny cykl otworzyły „Ruiny”, które dzieliły odbiorców. Nową powieść czyta się bez znajomości poprzedniej. Zamysł i linia myślowa autorów pozostają te same, zmienia się jednak oś, wokół której obraca się opowieść. W etnokryminałach kluczem była tożsamość grupy. Góralska śleboda, śląska pamięć, romska osada, żydowska nieobecność w małym miasteczku. Kultura działała tam jak kod wspólnoty, który decydował, kto jest swój, a kto obcy, i co wolno o kim pamiętać. W „Rzeźni” tym kodem staje się pieniądz i klasa. Granica nie biegnie już między „nami” a innym narodem czy grupą etniczną. Biegnie między rezydencją a czworakami, między tymi, którzy na transformacji zyskali, a tymi, którzy zostali na jej zapleczu. Antropologiczne spojrzenie autorów nie znika. Przesuwa się z obyczaju na ekonomię, z rytuału na hierarchię. A rodzina Szlachtów okazuje się społeczeństwem w miniaturze. Powtarza w swoim wnętrzu te same układy władzy, lojalności i wykluczenia, które ojciec przez lata narzucał całej wsi. Psychologia bohaterów jest tu więc czymś więcej niż portretem jednostek. To zapis tego, jak wielka zmiana społeczna osadza się w ludziach, w ich pamięci, wstydzie i ambicjach, i jak przechodzi na następne pokolenie.
Oba cykle Kuźmińskich od początku się przenikają. Sylwia Nowak narodziła się na kartach „Kamienia”, a w „Ruinach” epizodycznie towarzyszyli jej Anka Serafin i Bastian Strzygoń. W „Rzeźni” znów są obok niej Anka z partnerem Gertem Kelerem, znanym czytelnikom z „Pionka”, oraz Bastian z Wiolką. Tym razem ich obecność jest wyraźniejsza, choć wciąż stoją w drugim szeregu. Są dla Sylwii przyjacielskim wsparciem, psychologicznym i trochę intelektualnym. Aż się prosi, żeby wreszcie dawni, mocni bohaterowie etnokryminałów nie tylko wspierali Sylwię Nowak, ale sprzymierzyli się z nią w jakiejś naprawdę szalonej sprawie. Czekam na to.
Pisałem kiedyś, że Kuźmińscy to chyba najbardziej niedoceniani autorzy na naszym rynku kryminalnym. Nagrodę Kryminalnej Piły odebrali za „Marę”. „Rzeźnia” przypomina, dlaczego. Pokazuje, że kryminał może być zapisem epoki, nie tylko zagadką. Rodziny dziedziczą majątek. Szlachtowie odziedziczyli coś cięższego. A Sylwia Nowak musi zdecydować, czy prawda, którą odkopie, komukolwiek jeszcze się przyda.
Kryminalne Tropy objęły powieść „Rzeźnia” patronatem medialnym.
Metryczka
Tytuł: Rzeźnia
Autor: Małgorzata i Michał Kuźmińscy
Cykl: Sylwia Nowak (tom 2)
Gatunek: kryminał
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
Rok wydania: 2026
ISBN: 978-83-271-7040-8
