Justyna Janik Videira: „Sprawiedliwość to nie ukojenie”
Wiele tragedii zaczyna się wcześniej, niż chcemy to przyznać. Od żartu, od śmiechu, od kogoś, kto widział i nie zareagował. O tym jest „To, co zasiane”, debiut Justyny Janik Videiry, który ukazał się nakładem wydawnictwa Flow. Pisałem już o nim w recenzji. Teraz zaprosiłem autorkę do rozmowy w cyklu 7 złotych pytań kryminalistyki.
Tym razem potraktowałem tę formułę trochę inaczej. Klasyczne pytania kryminalistyki, czyli co, gdzie, kiedy, jak, czym, dlaczego i kto, nie otwierają każdego pytania wprost. Wyznaczają za to siedem tropów, którymi poprowadziłem rozmowę. Tak jak na miejscu zdarzenia, gdzie te pytania stawiamy najpierw sobie, a dopiero potem śladom i ludziom. Książka, w której zbrodnia zaczyna się na długo przed czynem, wymagała właśnie takiego podejścia.
Pytałem o ciekawość szesnastolatki, o miejsca, które pamiętają więcej niż ludzie, o pismo jako ślad i o granicę między zrozumieniem a usprawiedliwieniem. Zapytałem też wprost o realia śledztwa. Autorka odpowiedziała szczerze. Na koniec zdradziła coś, na co czekałem: komisarz Matejko wróci, a druga część jego historii jest już napisana.

CO?
Na przystanku zostaje mokry plecak, a w telefonie SMS „Zaraz będę”. Pokój Kaliny jest tak uporządkowany, że niczego nie zdradza. Swoje prawdziwe ślady dziewczyna ukryła w zeszycie i w mailach od tajemniczego „Sępa”. Szesnastolatka prowadzi własne śledztwo. Czy jej ciekawość to dla Pani odwaga, czy ryzyko, przed którym nikt jej nie ostrzegł?
Myślę, że jedno i drugie. Kalina ma w sobie odwagę, ale też tę charakterystyczną dla młodego wieku skłonność do przekonania, że nad wszystkim można zapanować. Dostrzega rzeczy, które umykają dorosłym i nie potrafi przejść obok nich obojętnie. Jednocześnie nie do końca rozumie, jak poważne mogą być konsekwencje jej działań. I chyba właśnie to jest w jej historii najbardziej przejmujące. Bo przecież nie powinniśmy oczekiwać od szesnastolatki, że będzie potrafiła właściwie ocenić zagrożenie, z którym nie zawsze poradziliby sobie dorośli. Kalina podejmuje ryzyko, ale warto też zadać sobie pytanie, dlaczego w ogóle znalazła się w sytuacji, w której poczuła, że musi działać sama.
GDZIE?
Stary hotel robotniczy, opuszczony dom za lasem, budynek, którego nie ma na żadnym planie. Takie miejsca dobrze znam z własnej służby. To tam ludzkie sprawy najdłużej pozostają niezauważone. W posłowiu pisze Pani, że część lokalizacji przesunęła na potrzeby fabuły. Czy poprzemysłowe przestrzenie są dla Pani obrazem pamięci, której nikt nie posprzątał?
To bardzo trafne skojarzenie, choć przy wyborze lokalizacji kierowałam się również czymś bardziej osobistym. Śląsk jest mi bliski i zależało mi na pokazaniu go nie tylko przez miejsca rozpoznawalne, ale również przez te zapomniane, na które zwykle nie zwracamy uwagi. Lubię przestrzenie, które mają swoją historię. Opuszczone budynki, dawne zakłady czy niszczejące domy przypominają, że nie wszystko znika wraz z ludźmi, którzy kiedyś tam żyli. Podobnie jest z ludzką pamięcią. Możemy o czymś nie mówić przez wiele lat, ale to nie oznacza, że przestaje istnieć. W pewnym sensie te miejsca współgrają więc z tematyką książki. Pokazują, że przeszłość, nawet jeśli została odsunięta na margines, potrafi upomnieć się o swoje.
KIEDY?
W powieści tykają dwa zegary. Jeden odmierza minuty pierwszej nocy poszukiwań. Drugi odmierza dekady od czasów, gdy o szkolnym gnębieniu mówiło się, że dzieci „się droczą”. Od którego momentu liczy Pani czas tej zbrodni? Od czynu czy od pierwszego żartu?
Z prawnego punktu widzenia odpowiedź jest oczywista. Ale z psychologicznego już niekoniecznie. Myślę, że wiele ludzkich tragedii zaczyna się znacznie wcześniej, niż jesteśmy gotowi to przyznać. Od pozornie niewinnego żartu, pierwszego upokorzenia, od sytuacji, w której ktoś widzi krzywdę i postanawia nie reagować. Oczywiście nie oznacza to, że każde takie doświadczenie prowadzi do przemocy. Chciałam jednak pokazać, jak wielką siłę mają wydarzenia, które otoczenie uznaje za nieistotne. Zwłaszcza jeśli powtarzają się latami. Dlatego w mojej powieści zbrodnia ma swój konkretny moment, ale jej źródeł trzeba szukać dużo wcześniej.

JAK?
Pytam jako policjant z długim stażem i czytelnik kryminałów. W mojej recenzji zwróciłem uwagę, że brakowało mi głębszej konsultacji i realistycznego obrazu służby oraz pracy prokuratora. W książce prokurator wydaje komendę do wejścia antyterrorystów, a bohaterowie często działają na własną rękę. Z kim rozmawiała Pani o realiach śledztwa? Gdzie świadomie wybrała Pani dramaturgię zamiast procedury?
Przy pracy nad „To, co zasiane” nie korzystałam z pomocy konsultanta. Opierałam się na własnym researchu, dostępnych materiałach i publikacjach dotyczących pracy śledczych. Zdaję sobie jednak sprawę, że nawet najbardziej wnikliwa lektura nie zastąpi doświadczenia osoby, która z takimi procedurami ma do czynienia na co dzień.
Oczywiście kryminał pozostaje literaturą, a nie dokumentalnym zapisem czynności procesowych. Pewne uproszczenia są więc nieuniknione, szczególnie jeśli zależy nam na utrzymaniu tempa i napięcia. Nie uważam jednak, żeby dramaturgia usprawiedliwiała każdą nieścisłość. Dlatego bardzo cenię takie uwagi, zwłaszcza gdy pochodzą od osób z wieloletnim doświadczeniem zawodowym.
„To, co zasiane” jest moim debiutem i mam świadomość, że warsztat pisarski rozwija się wraz z każdą kolejną książką. Chciałabym, żeby dotyczyło to również wiarygodności prowadzonych śledztw. Bo choć w moich historiach najważniejszy jest człowiek i psychologiczne motywy jego działań, zależy mi, aby świat, w którym poruszają się bohaterowie, był przekonujący także dla czytelników znających realia pracy policji.
CZYM?
Pytam jako biegły z zakresu badań pisma. Sprawca, który perfekcyjnie zaciera ślady cyfrowe, zostawia kartki pisane ręcznie. Skąd pomysł na ten wątek? Czy pismo jest dla Pani śladem zbyt osobistym, żeby dało się go ukryć?
Pismo odręczne ma w sobie coś, czego brakuje komunikacji elektronicznej. Jest bardziej osobiste, fizyczne, w pewnym sensie bliższe człowiekowi, który je pozostawił. Nawet jeśli ktoś próbuje zmienić charakter pisma, sam wybór takiej formy przekazu może wiele mówić o jego intencjach. Zależało mi również na pokazaniu pewnej sprzeczności w zachowaniu sprawcy. Człowiek potrafi być niezwykle ostrożny w jednej dziedzinie, a jednocześnie podejmować pozornie nieracjonalne decyzje w innej. Zwłaszcza kiedy kierują nim silne emocje. Nie każdy ślad jest przecież pozostawiany przypadkowo. Czasami sprawca chce coś ukryć, ale równie mocno pragnie, żeby ktoś wreszcie dostrzegł to, co ma do przekazania.
DLACZEGO?
Cyfra sześć ma w powieści więcej niż jedno znaczenie. Matejko myśli, że z ofiary można stać się katem przez „ewolucję bólu”. Pani podkreśla, że przeszłość nie zdejmuje odpowiedzialności. Czy to napięcie jest zamierzone? I czym jest sprawiedliwość, kiedy wyrok nie przynosi ukojenia?
Tak, i to jeden z najważniejszych dylematów, jakie chciałam poruszyć w tej książce. Interesuje mnie moment, w którym człowiek skrzywdzony sam zaczyna krzywdzić innych. Nie po to, żeby go usprawiedliwiać, ale żeby zrozumieć mechanizmy, które do tego prowadzą. Możemy współczuć komuś z powodu jego przeszłości, a jednocześnie jednoznacznie potępiać jego czyny. Jedno nie wyklucza drugiego. Natomiast sprawiedliwość i ukojenie to dla mnie dwie zupełnie różne rzeczy. Wyrok może zakończyć postępowanie, wskazać winnego i wymierzyć karę. Nie cofnie jednak tego, co się wydarzyło. Nie przywróci straconych lat ani ludzi, których zabrakło. I być może właśnie dlatego tak trudno mówić o szczęśliwym zakończeniu historii, w których krzywda sięga wiele lat wstecz.

KTO?
Nie pytam, kto zabił. Pytam, kogo jeszcze trzeba by przesłuchać. Świadków z klasy, nauczycieli, opiekę społeczną. „Byliśmy ślepi. Albo nauczeni nie widzieć”, mówi dyrektorka. Kto zawiódł najbardziej? I czy komisarz Matejko jeszcze wróci?
Nie potrafiłabym wskazać jednej osoby, bo uważam, że największy problem tkwił w zbiorowej obojętności. W tym, że każdy widział tylko fragment sytuacji, a wielu uznawało, że nie należy się wtrącać. Oczywiście odpowiedzialność dorosłych jest tutaj szczególna. To oni powinni dostrzegać sygnały, których dzieci często nie potrafią jeszcze nazwać. Ale chciałam też pokazać, jak łatwo grupa przyzwyczaja się do czyjegoś cierpienia. Jak szybko przemoc staje się czymś zwyczajnym, jeśli nikt nie reaguje. Właśnie ta normalizacja krzywdy wydaje mi się najbardziej niebezpieczna.
A jeśli chodzi o komisarza Matejkę, to zdecydowanie nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. Bardzo polubiłam jego skomplikowany charakter i ludzi, którymi się otacza. Zależy mi, żeby czytelnicy poznawali nie tylko kolejne prowadzone przez niego sprawy, ale też samego Matejkę, z jego słabościami, przeszłością i nie zawsze łatwymi wyborami. Mogę zdradzić, że druga część jego przygód jest już napisana.
Dziękuję Justynie Janik Videirze za rozmowę i za szczerość, zwłaszcza w pytaniu o realia śledztwa. Taka otwartość u debiutantki dobrze wróży kolejnym książkom. Na powrót komisarza Matejki czekam z niecierpliwością.
Moją recenzję „To, co zasiane” przeczytacie tutaj.
O autorce
Justyna Janik Videira urodziła się w Poznaniu, ale od dziecka związana jest ze Śląskiem. Jest absolwentką socjologii. „To, co zasiane” to jej debiut, mroczny i duszny thriller, w którym na pierwszy plan wysuwają się lęki i zakamarki ludzkiego umysłu. Autorka przygląda się w nim mechanizmom zła, zmowie milczenia wokół przemocy i temu, jak przeszłość determinuje nasze wybory.
Zdjęcia: @słowanastronie / Wydawnictwo Flow
Metryczka
Tytuł: To, co zasiane
Autor: Justyna Janik Videira
Gatunek: thriller psychologiczny, kryminał
Wydawnictwo: Flow
Rok wydania: 2026
ISBN: 978-83-8364-193-5
