Recenzja: Michał Witkowski „Zbrodniarz i dziewczyna”

Autor: Michał Witkowski
Tytuł: Zbrodniarz i dziewczyna 
Wydawca:  Świat Książki
Rok wydania: 2014
ISBN: 978-83-7943-284-4
Liczba stron: 432

Każdy może napisać kryminał. To sformułowanie, które często słyszę w rozmowach poświęconym moim zainteresowaniom literackim. Brzmienie tego zdania nierzadko nosi ton negatywnej oceny tego typu gatunku Nierzadko też wskazuje na prostotę formy gatunkowej kryminału, możliwej do opanowania przez każdego średnio inteligentnego człowieka posiadającego podstawowe umiejętności pisarskie (czytaj piśmiennicze). To teza, z którą nie warto nawet dyskutować z uwagi na bezzasadność owej dyskusji. Takie sformułowanie jest przecież oczywistością, podobnie jak przez analogię oczywistością jest stwierdzenie, że każda przeciętnie wykształcona osoba może napisać wiersz czy fragment prozy. W literaturze jednak nie idzie o same rzemiosło pisania, lecz o coś stanowczo więcej. 
 
Każdy może napisać dobry kryminał? To już nie teza, lecz pytanie. Zupełnie świadomie postawione po lekturze ostatniej powieści Michała Witkowskiego „Zbrodniarz i dziewczyna”. Oczywiście to pewna prowokacja już na samym początku recenzji. Celowa i smutna jednocześnie, bo autor potraktował gatunek całkowicie instrumentalnie. Jaka bowiem była rzeczywista intencja Witkowskiego wzięcia na warsztat kryminału? Tylko i wyłącznie wykorzystanie koniunktury wydawniczej na tego typu literaturę w imię interesu, nawet nie pisarskiego, lecz osobistego. Pisarz już wcześniej, przy „Drwalu”, był świadom popularności gatunkowej, w Polsce ciągle rosnącej, kryminału. O ile jednak „Drwal” został w głównej mierze ubrany we własną szatę językową i specyficznie wymalowany świat przedstawiony, co stanowiło pewną nową i interesującą wartość literacką, Tak też został przyjęty, w kręgach salonowych Warszawy błyskotliwość języka czy nośność tematyczna tzw. poprawności politycznej budziła satysfakcję i zachwyt. A dodać trzeba, że i z fabułą nie było źle, a nawet więcej niż poprawnie. Pisarz więc na fali popularności kryminału oraz dobrej (w wybranych mediach, dodajmy akceptowalnych przez niego samego) recepcji krytycznej poprzedniego tytułu po raz kolejny sięga po przywołany gatunek literacki. I gdyby na „Zbrodniarza i dziewczynę” spojrzeć wyłącznie jak na kryminał to po lekturze książki można powiedzieć wyłącznie jedno. Michał Witkowski robi krzywdę kryminałowi.
 
W pierwszej kolejności dotyczy to tego, co w kryminale najważniejsze – intrygi kryminalnej. Przecież w recenzowanej powieści pozornie z intrygą jest jak najbardziej ok. Trup jest (nawet nie jeden), nieznany sprawca – seryjny zabójca – jest, śledztwo na oczach czytelników również jest i … brakuje tego czegoś, co powoduje, że powieść wciąga i rodzi w czytelniku emocje. Jeśli jednak emocje pojawiają się podczas lektury to zupełnie z innych powodów, o czym jeszcze w dalszej części recenzji wspomnę. Dopiero gdzieś tam na końcu listy emocjonalnych wartości o pozytywnym wydźwięku mieści się powieściowa fabuła wraz z wykreowaną intrygą. Całość jest dość prosta. Po raz kolejny, podobnie jak w „Drwalu”, głównym bohaterem jest znów Michaśka – alter ego samego autora. Poznajemy go w momencie jego uczuciowego przesilenia – zakochania się w wyjątkowym – jego zdaniem oczywiście – 30-latku, którego nazywa Studencik. Początkowo to miłość wybitnie platoniczna, wymuszająca różnorodne podchody i grę, której finałem ma być najpierw fizyczne, a potem seksualne zbliżenie. Stan ekscytacji i podniecenia u głównego bohatera zamienia się jednak w chwilowe rozczarowanie wraz z informacją, że to żaden wolnej myśli student, lecz rasowy policjant służby kryminalnej, pracujący na sprawą “przedwojennego mordercy”. Sam Michaś przez moment jest nawet na liście potencjalnych podejrzanych, jednakże spekulacje te policjant może wyrzucić do kosza. To właśnie podczas spotkania Michaśki i Bartka (to prawdziwe imię Studencika) zostaje zamordowana kolejna ofiara. Trudno o lepsze alibi. W tym momencie dokonuje się pewien przewrót w narracji. Bartek wciela Michaśkę do własnego zespołu śledczego, nakładając na niego funkcję kogoś na wzór specjalisty, eksperta, konsultanta. Teraz czytelnicy są w miarę na bieżąco z prowadzonym śledztwem, a sam główny bohater wraz z policjantem Bartkiem i prokuratorką Joanną dążyć będą do rozwiązania sprawy i ujęcia seryjnego zabójcy. Oto całe fabularne zarzewie z równoczesnym wkręceniem weń intrygi kryminalnej. Daleko więc od autentyzmu wszystkich stronom opowieści. Trudno bowiem nawet pochylać się nad policjantem,który „daje się” podejść znanemu homoseksualiście  w mieście (ku radości Witkowskiego dodajmy, że może i w Polsce) po to, by weryfikować jego alibi i motywy ewentualnego zbrodniczego działania, a potem zaskakująco mianować go konsultantem od mody, psychotropów i wszelakiej maści pedalstwa. Uśmiech zażenowania wzbudza biegająca wraz z nimi prokuratorka, wykonująca nie jedną czynność śledczą i wysłuchująca wręcz profilerskich uwag Michaśki niczym prawd objawionych. Nie lepiej jest z samym mordercą. Jego modus operandi pochodzące wprost z teatralnej rekwizytorni, krawieckiej pasji, historyczno-kryminalnej pasji i plastycznej wrażliwości, nie wzbudza śmiechu, lecz wywołuje wyłącznie współczucie dla tak karykaturalnej wizji literackiej zbrodni. Nawet rozwiązanie tej sprawy w finale powieści zostawia czytelniczy niedosyt. Najsłabszą stroną układanki fabularnej „Zbrodniarza i dziewczyny” jest jednak brak emocjonalnego napięcia. Ta sprawa kryminalna nie wciąga, poza drobnymi momentami zainteresowania, częściej irytuje, mocniej drażni i co najgorsze dla kryminału – nudzi. W całościowym oglądzie wszystkich elementów książkowej propozycji jest po prostu potraktowana marginalnie, stanowiąc wyłącznie przygrywkę do „festiwalu” rozbuchanego ego Michaśki i jego rozregulowanej estetyki oraz narracyjnej zabawy odwołaniami popkulturowymi i autojęzykowymi wyścigami. Tylko, że to już było, i w „Lubiewie”, i w „Drwalu”. I co ważne dla czytelnika, tam było to w świeższej formie i ciekawszym wykonaniu. 
 
Nie mniejszy, obok słabej fabuły, problem dotyka bohaterów powieści. I znów wbrew zasadom kryminału uderza ze zdwojoną mocą nieautentyczność Michaśki jako śledczego. Począwszy od narzuconej mu, o czym już pisałem wyżej, roli eksperta, specjalisty, konsultanta itd. Można by wymieniać kolejne jeszcze nakładane na jego postać funkcje, ale znaczenia dla odbioru jej odbioru nie będzie to miało żadnego. Gdyby w tym pomyśle ukrywała się jeszcze dobra realizacja, nie odrealniona i sztucznie wzbogacona o przymioty nawzajem siebie wykluczające, kreacja głównego bohatera byłaby do zaakceptowania jako w pełni literacka propozycja o daleko zaadaptowanej wyobraźni artystycznej. Wspomniane przymioty, powodujące, że Michaś trafia do grupy śledczej, nie są prawdziwe, bo stanowią wyłącznie narzędzia estetycznej kreacji samego siebie. To właśnie jest to podkręcanie alter ego – tak typowe dla Michała Witkowskiego. I znów na kartach powieściowych nie byłoby to nic złego, gdyby nie przeskok poza literaturę. W „Zbrodniarzu i dziewczynie” nie idzie już o słowo literackie, nie idzie o fabułę, nie idzie o sztukę, lecz idzie o jej autora, o jego kreację, maskę, które nie są nakładane, ale zastępowane, przeszywane zamiast skóry. Takie podejście do literackiej formy też można zepsuć. Witkowskiemu udaje się to idealnie. W całym tym koszu „ubraniowym” (nazwa celowo odnosi się do modowych zainteresowań autora i jego bohaterów) na samym wierzchu wszystko przykrywa, a bardziej tłamsi narcyzm i autofilia. Bo tak naprawdę najwięcej czasu Witkowski w swojej powieści poświęca Michaśkowi czyli samemu sobie. I nie idzie o autokreację czy narratorski chwyt. To stan chorobowy, prowadzony aż do chorobowego zohydzenia wszystkiego, co składa się na świat przedstawiony stworzonej historii. Najgorsze jest to, że tkwiąc w lekturze do samego końca, choćby z obowiązku i przyzwoitości recenzenta, boleśnie musimy tkwić w tym zlepie brudu i obrzydzenia. Postać Michaśki i jego przedziwnych, i na szeroką skalę zakrojonych zainteresowań, uderza czytelnika, jak obuchem w głowę, głównie upadłą estetyką i wątpliwą etyką. O ile bowiem w postaci głównego bohatera, wysilając maksymalnie cierpliwość i tolerancję artystyczną, można jeśli nie zaakceptować, to choć zrozumieć i przyjąć za zastosowany walor literacki, wcieloną beletrystycznie autofilię. To już fascynację, równie bliskiej słowotwórczo, nekrofilią uznać należy za miernej jakości prowokację. Gdyby jednak nawet przyjąć, że zainteresowania te nie są zorientowaną na sukces recepcyjno-wydawniczy zagrywką żerującą na najniższych emocjonalno-psychicznych rejonach ludzkiej wrażliwości, lecz autentycznym konikiem, ocierającym się o najciemniejsze marginalia zbrodni, to zarówno z punktu widzenia powieściowej treści czy fabularnej układanki nie mają jakiegokolwiek uzasadnienia i tym bardziej wartości. Nie jest argumentem obrona takiej kreacji, która miałaby na celu szokowanie czy też podnoszenie realności opowieści do samych trzewi zbrodni. Tak jak nie ma zupełnie mowy o jakimś wyjściu na uwrażliwianie czytelnika czy dotykanie spraw ostatecznych lub etycznie wiążących w chwilach tragedii. Michał Witkowski w postaci Michaśki odziera siebie i swoje pisarstwo ze wszystkiego, co ma jakąś wartość, emocję czy psychologiczną szatę. Te słowa piszę z pełną świadomością i odpowiedzialnością, mając przed oczyma swoich doświadczeń zawodowych obrazy zbrodni. Z tak potraktowanymi obrazami ofiar i ich sekcji nie warto nawet podejmować polemiki. Nie daję szans komuś, kto ten obszar ludzkich wędrówek ujmuje wyłącznie w kategoriach zabawy i gry słownej oraz literackiej grandy ubieranej w szaty tropiciela mody i trendów o wątpliwym pochodzeniu. O pozostałych bohaterach powieściowych nie warto nawet pisać. Są koniecznym tylko tłem, a nawet jeśli otrzymują trochę więcej barw i właściwości, jak dzieje się w przypadku policjantka Bartka-Studencika, to i tak giną w gąszczu bufoniastej fanfaronady.
 
„Zbrodniarz i dziewczyna” to powieść, która męczy. Witkowski tą książką doszedł do ściany i zamiast „walnąć” głową w mur z alternatywą: rozbić „łeb” lub usunąć przeszkodę ograniczającą literacką wyobraźnię, wybiera jeszcze inną drogę. Obstawia się dookoła lustrami, snując w głowie nic nie znaczące historie, próbuje zainteresować nimi kolejnych czytelników. Medialny szum, nieustanna „samojebka” pisarza we wszystkich letnich programach i kanałach telewizyjnych z pewnością pomaga sprzedaży książki. Niestety z literackiego punktu widzenia czytelnika nic już nie bawi i intelektualnie intryguje, jak miało to miejsce w „Drwalu”. Nic już nie drażni i mądrze prowokuje, jak miało to miejsce w „Lubiewie”. Nic też, choć przecież to kryminał jak chce autor, nie przeraża i nie wciąga. Kiedyś, nawet jeśli nie było zgody na taki obraz polskiej rzeczywistości, przestrzeń powieściowa Witkowskiego zastanawiała, wywoływała myślenie i refleksję. Dziś zostaje tylko niedosyt fabułą, niedowierzanie upadkiem estetycznym i niesmak kreacją pisarską (tak naprawdę życiową).
 [dodajbox]

Zamieszczone w Baza recenzji Syndykatu ZwB