Zamknięte drzwi przestają istnieć — czy AI może złapać każdego? „Algorytm” W.P. Rdzanka
Są książki, które odkłada się na półkę z pewną ulgą — skończyło się, można odetchnąć. I są takie, po których odkładaniu towarzyszą wyrzuty sumienia, bo przecież zostało jeszcze kilkanaście stron, a lampka nocna i tak pali się do pierwszej. „Algorytm” W.P. Rdzanka należy bezsprzecznie do tej drugiej kategorii. Od pierwszych akapitów wciąga z siłą, która zaskakuje — szczególnie że mamy do czynienia z literackim debiutem.
A debiut to wyjątkowy już przez sam ciężar gatunkowy, jaki dźwiga. Rdzanek nie wybiera bezpiecznej ścieżki — prostego kryminału w zamkniętej przestrzeni, intymnego dreszczowca z jednym morderstwem na prowincji. Zamierzył sobie coś znacznie trudniejszego: thriller geopolityczny, w którym Warszawa staje się areną rozgrywki między najpotężniejszymi agencjami wywiadowczymi świata, a stawką jest algorytm sztucznej inteligencji zdolny do identyfikowania przestępców w cyfrowej przestrzeni. Brzmi jak temat na epicki, kilkusetstronicowy popis narracyjny? Właśnie nim jest.
Fabuła rusza od zaginięcia Karola Koppela — genialnego programisty, który w Warszawie pracuje nad tajnym projektem o nazwie ZEUS. Zniknięcie młodego naukowca zbiegło się w czasie z wydarzeniem, które natychmiast przykuwa uwagę służb po obu stronach Atlantyku. To dla czytelnika sygnał: ta opowieść nie toczy się w jednym pokoju, przy jednym biurku detektywa z papierosem. Akcja rozgrywa się jednocześnie w kilku miejscach i w kilku warstwach rzeczywistości, a każda zmiana sceny przynosi nową perspektywę i kolejny poziom intrygującego labiryntu. Co istotne — ta wielość lokacji nie przytłacza ani nie mąci. Wręcz przeciwnie, działa niczym sprawnie skonstruowany poliptyk: każdy panel daje inny kąt widzenia tej samej, rozległej rzeczywistości. Rdzanek potrafi rozwijać fabułę, nie gubiąc jej wątków, a czytelnik z każdym rozdziałem jest bliżej centrum, nie dalej.
Bohaterów jest wielu, ale wszyscy są kompletni — i to jest może najcenniejszy dar tej prozy. Adwokat z Powiśla z żelazną rutyną i wypolerowanymi oksfordami. Aplikantka o doskonałej pamięci prawniczej, między której wierszami kryje się znacznie więcej niż profesjonalna rutyna. Bizneswoman o zimnych, wodnistych oczach i historii sięgającej głęboko w przeszłość, którą autor stopniowo odsłania z chirurgiczną precyzją. Autor buduje każdą z tych postaci warstwowo — przez szczegół fizyczny, przez fragment biografii, przez decyzję moralną podjętą pod presją. Są realistyczni, przyziemni, a jednocześnie żaden z nich nie jest bezbarwny. Rdzanek potrafi pisać ludzi.
Prolog jest znakomity. Mały chłopiec z czerwonym samochodzikiem na hotelowej kołdrze. Mężczyzna dopinający spinkę do mankietu z chirurgiczną precyzją. Cisza tak gęsta, że słychać kółka plastikowego pojazdu przesuwające się po pościeli w przód i w tył, w przód i w tył… Żadnego oskarżenia wprost, żadnego nadmiaru. Ale po tym prologu już wiemy: autor rozumie, czym jest zło — nie jako kategoria ontologiczna, lecz jako wybór człowieka, który zamknął drzwi i przestał istnieć dla tego, co zostawił za progiem. I wiemy też, że to, co za tymi drzwiami zostało, znajdziemy w fabule ponownie — w miejscu i momencie, którego się nie spodziewamy.
Bo „Algorytm” — przy całej swojej wartości rozrywkowej, przy całym szpiegowskim napięciu i technologicznym sztafażu — jest w gruncie rzeczy powieścią o etyce. O tym, co robimy z wiedzą, którą posiadamy. O tym, że algorytm może wskazać winnego, ale między wskazaniem a dowodem zieje przepaść, w której toną niewinni. O tym, że pewne zbrodnie nie dzieją się w ciemnych zaułkach odległych miast, lecz za fasadami korporacyjnych sukcesów, w sieci, w urządzeniach, które nosimy w kieszeniach. Aktualność tej tematyki jest nie tylko literacką zaletą — jest niepokojącym rezonansem z rzeczywistością zbyt bliską, by ją zbagatelizować.
Ten realizm — morderczy, codzienny, cyfrowy — jest jedną z najsilniejszych stron powieści. Przesłuchania senackie szefów globalnych platform, szyfrowanie wiadomości, algorytmy uczące się wzorców zachowań — wszystko to nie jest science fiction. To jest teraźniejszość z kilkumiesięcznym przesunięciem, a Rdzanek zna ten świat od podszewki. Nie musi go wymyślać, wystarczy, że go opisuje.
Finał przynosi katharsis — nie sentymentalne, lecz zasłużone, z kilkoma otwartymi wątkami, które każą z niepokojem wyczekiwać kolejnego tomu trylogii. Bo ZEUS milczy tylko do czasu, a niektórzy gracze tej rozgrywki mają zwyczaj znikać bez śladu — i powracać w najmniej spodziewanym momencie.
Debiut Rdzanka to nie tylko dobra zabawa — choć zabawą jest wyśmienitą. To sygnał, że polska proza kryminalna i szpiegowska wchodzi w nowy rozdział: taki, w którym rzeczywistość cyfrowa nie jest tłem, ale ciałem opowieści. Taki, w którym wróg nie ma jednej twarzy, bo może być wszędzie — w algorytmie, w kodzie, w człowieku, który postanowił, że zamknięte drzwi przestają istnieć.
Na następny tom czekam z niepokojem. I z przyjemnością.
Przeczytane dzięki Wydawnictwu Rebis.
