Ziarno, które kiełkuje w ciszy. „To, co zasiane” Justyny Janik Videiry

Są kryminały, które zaczynają się od zbrodni. I są takie, które zaczynają się od żartu. Od śmiechu w szatni, od ksywki rzuconej na korytarzu, od zdjęcia zrobionego dla zabawy. Zbrodnia przychodzi w nich znacznie później i jest już tylko plonem. Justyna Janik Videira napisała kryminał tego drugiego rodzaju. Takich jest mniej, bo trudniej je napisać. Trzeba w nich szukać nie tylko sprawcy, ale też chwili, w której wszystko się zaczęło.

Deszczowy piątkowy wieczór w Gliwicach. Szesnastoletnia Kalina wychodzi z treningu i nie wraca do domu. Na przystanku zostaje tylko jej plecak. Sprawę przejmuje komisarz Jan Matejko, który od dawna podejrzewa, że wcześniejsze zaginięcia nastolatek z Zabrza i Bytomia łączy jedna ręka. Matka Kaliny, Julia, z zawodu psycholożka, nie zamierza czekać na wyniki śledztwa. Więcej z fabuły nie zdradzę. Ta książka zasługuje na to, by czytelnik odkrywał ją sam, krok po kroku.

Po „Rubikonie” Tomasza Kieresa wydawnictwo Flow idzie za ciosem i stawia na debiutantkę. To dobra decyzja. „To, co zasiane” nie brzmi jak pierwsza książka. Jest napisane pewną ręką, ma krótkie rozdziały, rytm i nastrój. Śląsk nie jest tu dekoracją. Stare hale, familoki, opuszczone budynki i jezioro, które latem kojarzy się z beztroską, nocą stają się mapą niepokoju.

Autorka sięga po jeden z najstarszych tematów literatury. Zła przeszłość nie znika. Wraca po latach, wzmocniona zemstą i pragnieniem wyrównania rachunków. Kto sieje krzywdę, zbiera ją często nie sam. Płacą za nią ci, którzy niczego nie zasiali. To najboleśniejsza prawda tej powieści.

Ale „To, co zasiane” to przede wszystkim opowieść o banalności zła. Hannah Arendt, patrząc na proces Eichmanna, zobaczyła, że potworne zbrodnie popełniał człowiek przeciętny i bezmyślny. Nie demon, tylko urzędnik, który nie zadawał sobie pytań. Justyna Janik Videira pokazuje ten sam mechanizm w skali, którą zna każdy z nas. To zło małe i codzienne. Mieszka w szkole, w pracy, w domu. Ukrywa się za słowem, zdaniem, żartem, gestem. Dziś także za nagraniem, zdjęciem, rolką, memem. Kto je zadaje, często nawet go nie zauważa. Kto je przyjmuje, nosi je przez całe życie. Powieść otwiera motto z Alice Miller o tym, że to, czego dziecko nie wypowiedziało, wraca w dorosłym jako krzyk. Cała książka jest rozwinięciem tego jednego zdania.

Najmocniej zapadły mi w pamięć słowa dyrektorki szkoły. Mówi, że kiedyś wszyscy byli ślepi albo nauczeni nie widzieć. I że to może największy grzech. Nie sama przemoc, ale to, że tak długo nie chcieliśmy jej dostrzec. Czytałem to zdanie kilka razy. Każdy, kto pracował w policji, zna świadków, którzy „niczego nie zauważyli”. Zna też szkoły, urzędy i ośrodki, w których było wszystko poza jednym. Poza człowiekiem, który naprawdę patrzy.

To książka głęboko etyczna, choć nie moralizuje. Stawia pytania, na które nie ma łatwych odpowiedzi. Czy świadek, który milczy, jest niewinny? Gdzie kończy się zrozumienie dla skrzywdzonego dziecka, a zaczyna usprawiedliwianie dorosłego, który krzywdzi? Czy sprawiedliwość wymierzona na własną rękę wciąż jest sprawiedliwością?

Najbardziej poruszyło mnie jednak coś innego. Dorośli bohaterowie, także rodzice zaginionych i zamordowanych dziewcząt, z ojcem Kaliny na czele, noszą w sobie dawne sprawy. Po latach wciąż nie potrafią o nich szczerze opowiedzieć. Nie potrafią nawet nazwać wyrządzonego zła. A gdy świadomość winy w końcu do nich dociera, zachowują się jak małe dzieci. Obwiniają się nawzajem, tłumaczą, przypominają sobie, kto „wymyślił” więcej i kto „tylko” się śmiał. Autorka pokazuje to bez litości i bez szyderstwa. To jedna z najprawdziwszych scen w książce. Dowodzi, że dorosłość nie oznacza dojrzałości. Rachunek sumienia trzeba zrobić samemu. Nikt nie zrobi go za nas, nawet czas.

Autorka nie daje sprawcy rozgrzeszenia. Pokazuje źródło jego gniewu, ale nie pozwala, by przysłoniło cierpienie ofiar. Przeszłość tłumaczy wiele, lecz nie zdejmuje odpowiedzialności. Jako biegły sądowy i były policjant nie potrafię myśleć o prawie inaczej. Prawo istnieje po to, by przerwać łańcuch krzywdy, a nie go przedłużać.

Zemsta jest kusząca. Przychodzi łatwo, bo pchają nas do niej emocje, upokorzenie, gniew, poczucie niesprawiedliwości. Sam to wiem. Wiem, jak szybko rodzi się w człowieku myśl, by oddać, wyrównać, sprawić, żeby tamten też poczuł. Ale z tą myślą trzeba walczyć. Trzeba ją w sobie zwalczać, nawet gdy wydaje się słuszna. Zemsta nie zabiera bólu. Podwaja go, zawsze go powiększa i niczego nie naprawia. Do skrzywdzonych dopisuje nowych, a samego mściciela zostawia z pustką większą niż przedtem. Ta powieść mówi to samo, choć językiem bólu, nie paragrafów. Mówi też coś, co powinien usłyszeć każdy rodzic i każdy nauczyciel. Czasem wystarczy jedna reakcja. Jedno zdanie. Jedna osoba stojąca po stronie skrzywdzonego.

Najjaśniejszą stroną tej książki jest narracja. Autorka prowadzi ją z wielu perspektyw, ale nie poprzestaje na zmianie punktu widzenia. Buduje osobne światy i każdy z nich ma własne światło, zapach i rytm.

Jest świat uwięzionych dziewczyn, na czele z Kaliną. Ciemny i wilgotny, z kapiącą wodą i czasem, którego nie da się zmierzyć. Rodzi się w nim strach, ale też solidarność i upór. Jest świat Julii. Zaczyna się w ciepłym domu z lawendą na parapecie, a potem rozpada się na kawałki. Julia wnosi do niego swój zawód. Matczyny umysł zaczyna pracować jak umysł śledczego, choć wciąż jest umysłem matki, która coś przegapiła. Jest świat policjantów, pełen zmęczenia, dymu i kawy z automatu. Matejko jeździ samochodem przy dźwiękach Queen, swojego ulubionego zespołu, a koledzy rzucają sobie żarty, które pozwalają przetrwać kolejny dzień. Jest wreszcie świat sprawcy. Zimny, uporządkowany, pełen monitorów i kontroli. Najbardziej przeraża w nim spokój. Obok tych światów jest jeszcze dom, w którym młodsze rodzeństwo zostawia na lodówce karteczki dla siostry, która nie wraca.

Te światy się nie zlewają. Każdy mówi własnym językiem, a przejścia między nimi budują napięcie lepiej niż niejeden zwrot akcji. Miejscami zrobione jest to tak przekonująco, że wchodzimy w czas i miejsce, w emocje i myśli bohaterów, zanim zdążymy to zauważyć. Rzadko spotykam w debiucie tak pewnie prowadzoną polifonię. To największy atut tej powieści i dobra wróżba na przyszłość.

Bardzo udanie poprowadzona jest też intryga. Autorka dawkuje wiedzę i dowody z dużą konsekwencją. Policjanci przez długi czas, jeśli nawet nie błądzą, to wchodzą w ślepe zaułki. Czytelnik razem z nimi. Kilka razy byłem pewien rozwiązania i kilka razy zostałem wyprowadzony w pole. Śledztwo przypomina partię szachów, w której do końca nie wiadomo, kto ma przewagę. Co ważne, gra jest uczciwa. Prawdziwe tropy leżą na wierzchu od początku. Trzeba tylko umieć je zobaczyć.

Mam też uwagi. Zgłaszam je spokojnie, bo dotyczą rzeczy, które da się poprawić, a nie talentu.

Intencje autorki są jak najbardziej trafne, a pomysły dobre i spójne. Wykonanie w niektórych elementach zbyt jednak odbiega od policyjnych realiów. Określenia „technik kryminalny” i „technik kryminalistyki” pojawiają się zamiennie, choć w policji znaczą co innego. Przymiotnik „operacyjny” trafia tam, gdzie w prawdziwej służbie nie pasuje. Nie zawsze przekonuje kolejność działań na miejscu zdarzenia. Prokurator Czernik częściej stoi w tle policjantów, niż prowadzi śledztwo, a w scenie wejścia antyterrorystów wydaje komendy, które w polskich realiach należą do dowódcy pododdziału. Trochę zbyt lekko wypada też rozmowa w szkole z przyjaciółką Kaliny, którą komisarz zaczyna od pytania, czy dziewczyna „ma chwilę”.

To drobiazgi, których większość czytelników nie zauważy. Ci, którzy znają służbę od środka, poczują je jednak od razu. Dlatego życzę autorce, by przy kolejnej książce odrobiła lekcję policyjnego realizmu lepiej i głębiej. Wiem z doświadczenia, że rozmowa z praktykiem nie odbiera pisarzowi swobody. Dodaje mu pewności.

Tym bardziej doceniam, jak autorka buduje samych policjantów. To nie są funkcje fabuły ani figury z teczką pod pachą. Każdy z nich ma swój charakter, swoje zmęczenie i swoje życie poza komendą. Na czele stoi Jan Matejko. Pracuje z uporem i bierze na siebie odpowiedzialność za ludzi, których nie zdołał ocalić. Nosi w sobie dawną rodzinną ranę, która każe mu inaczej patrzeć na zaginione dzieci. Gotuje, żeby odzyskać równowagę. Słucha Queen, gdy sprawa się komplikuje, a z byłą żoną spotyka się nad stołem sekcyjnym. Obok niego jest wierny Kowal z wiecznymi zakwasami i młodsi policjanci, którzy uczą się, że ta praca nie kończy się po służbie. Autorka pokazuje zarówno ich zawodowe działania, jak i emocje, wrażenia, nieprzespane noce i wspomnienia. Dzięki temu ten świat żyje.

Na osobne wyróżnienie zasługuje to, co dzieje się z Matejką po zamknięciu sprawy. W kryminałach bardzo rzadko się to widzi. Zwykle śledczy odkłada akta i czeka na kolejną zbrodnię. Tutaj autorka zostaje przy nim dłużej. Pokazuje, co sprawa zrobiła z człowiekiem, ile kosztowała i do jakiej decyzji go doprowadziła. Nie zdradzę jakiej. Napiszę tylko, że jest głęboka, bardzo przekonująca i po ludzku prawdziwa. Otwiera też ciekawą drogę na dalsze losy komisarza. Szczerze mówiąc, chciałbym je poznać.

„To, co zasiane” to dojrzały, mroczny i potrzebny debiut. Nie każda krzywdzona osoba skrzywdzi innych. Ale każda krzywda, której nikt nie zauważył, zostawia ziarno. Ta powieść przypomina, że patrzenie na drugiego człowieka jest obowiązkiem, a nie uprzejmością. Czekam na kolejne książki Justyny Janik Videiry. Mam nadzieję, że będą miały w sobie tyle samo empatii, równie bogate światy postaci i jeszcze więcej prawdy o służbie.

Książka przeczytana dzięki Wydawnictwu Flow

Metryczka

Tytuł: To, co zasiane
Autor: Justyna Janik Videira
Gatunek: thriller psychologiczny, kryminał
Wydawnictwo: Flow
Rok wydania: 2026
ISBN: 978-83-8364-193-5

Nasza ocena