„Wyższa konieczność”. Bezimienny i światełko, które gaśnie
Są powieści, które w piątym tomie cyklu przypominają spotkanie ze starym znajomym. Jest miło i swojsko, czasem trochę z przyzwyczajenia. I są takie, przy których po czterech wspólnych wyprawach czytelnik odkrywa, że dopiero teraz naprawdę wsiadł do pociągu. „Wyższa konieczność” Wojciecha Chmielarza należy do tych drugich. Ta książka nie tylko się nie nudzi. Wciąga mocniej niż każde z wcześniejszych spotkań z Bezimiennym. Przyznaję bez bicia, przepadłem. Czytanie nocą, gdy wszyscy w domu dawno spali, stało się u mnie codziennym obyczajem, a nie wyjątkiem od reguły.
Wszystko zaczyna się nocą, w Łodzi. Bezimienny przekrada się do przedwojennej willi na Julianowie, ale dom, który powinien spać, jest pusty. Zniknął pułkownik Olbrych. Osiemdziesięcioletnia legenda, o której szeptano historie tak niezwykłe, że nikt nie wiedział, które są prawdziwe. Prywatnie to były teść Bezimiennego. Kto go porwał i po co? Długo nie wiadomo. Każdy trop rodzi kolejne pytanie, a prawdziwy powód wychodzi na jaw dopiero wtedy, gdy stawka zdążyła urosnąć ponad miarę. Przez lata pracowałem z dowodami, więc wiem, że najważniejszy bywa ten, którego jeszcze nie widać. Ślady prowadzą w głąb miasta, a Łódź Chmielarz wybrał znakomicie. Czerwona cegła dawnych przędzalni, falowce oddzielające Julianów od Starych Bałut, fabryki, które padły razem z transformacją. I miasto, które wciąż szuka odpowiedzi, czym chce być. Łódź pamięta więcej, niż mówi. Bezimienny też. To tutaj musi wrócić do ludzi, od których kiedyś odszedł. Do byłej żony, do córki, do starych przyjaciół. I do pytań, przed którymi uciekał przez cztery tomy.
Pierwsze, co mnie uderzyło, to narracja. Chmielarz pisze prosto, lekko i niezwykle płynnie. Nie ma tu ozdobników, które kazałyby zatrzymać się nad zdaniem. Jest rytm, który doskonale współgra z akcją. Co ciekawe, nawet chwile pozornego wytchnienia nie hamują opowieści. Rozmowy bywają tu trudne. Wracają do przeszłości, grzebią w skrawkach pamięci, zestawiają to, co wydarzyło się wczoraj, z tym, co dzieje się dziś. Z takich okruchów bohaterowie składają kolejne informacje, które pozwalają im ruszyć dalej. Dlatego nie czuje się spowolnienia. Przeciwnie. Każda taka scena pcha nas do przodu, jak fala, która cofa się tylko po to, by uderzyć mocniej. Pomaga w tym konstrukcja. Pierwszoosobowa relacja Bezimiennego przeplata się z rozdziałami widzianymi oczami innych. Córki, porwanego pułkownika, ludzi po drugiej stronie barykady. Widzimy ruchy obu stron, a mimo to do końca nie wiemy, kto naprawdę gra w czyjej drużynie.
Największą zaletą tej powieści pozostaje jednak intryga. „Wyższa konieczność” to znów gatunkowa mieszanka najwyższej próby. Jest kryminalna zagadka, jest sensacja z pościgami, jest thriller polityczny z nutą szpiegowską. Jest wreszcie dramat rodzinny, który boli bardziej niż niejeden strzał. Zwroty akcji przychodzą jeden po drugim. Alfred Hitchcock uczył, że opowieść trzeba zacząć od trzęsienia ziemi, a potem napięcie ma tylko rosnąć. Chmielarz idzie o krok dalej. U niego jest źle, a potem robi się jeszcze gorzej. Kiedy w tunelu wreszcie pojawia się światełko, możemy być pewni, że zaraz zgaśnie. Plany się sypią, sojusze pękają, wszystko się wali. A jednak światło w końcu się odnajduje. Tyle że w zupełnie innej postaci, niż przewidywał bohater. I na pewno inaczej, niż przewidywałem ja sam.
Sam Bezimienny jest postacią na wskroś książkową. Jest dokładnie taki, jakim wymyślił go Chmielarz, i nikt inny. A jednak przyznam się do czegoś. Chwilami trudno mi było nie uruchamiać wyobraźni. W niejednej scenie widziałem już, jak porusza się, patrzy i milczy Mateusz Damięcki. Traktuję to jako komplement dla obu stron. Dla książki, bo postać jest na tyle wyrazista, że udźwignie każde wcielenie. I dla serialu, bo trafniejszego aktora i lepszej gry trudno było sobie wymarzyć. W tym tomie Bezimienny zyskuje wreszcie twarz i biografię. Ten sam chłodny analityk ryzyka, który w ułamku sekundy ocenia sytuację, przy byłej żonie traci pewność kroku. Ta krucha strona twardziela ujmuje bardziej niż niejedna scena walki. Stawką przestaje być jego własne życie. Stawką jest rodzina, a to zmienia wszystko.
Chmielarz po raz kolejny pokazuje, z jaką łatwością kreśli postacie ciekawe, niebanalne i zarazem prawdziwe. Są bogate wewnętrznie i wyraziste na zewnątrz. Ich psychologia jest wiarygodna, a relacje żywe i pełne napięć. Wartości, emocje i uczucia ważą tu tyle samo co sprawne pięści i bystry umysł. I zwykle to one wskazują bohaterom jaśniejszą drogę, nawet gdy wokół gęstnieje mrok.
Równie przekonująco intryga wrasta w realizm naszych czasów. Tych na wyciągnięcie ręki. Podwórka, ulicy, miasta, państwa i tego, co dzieje się tuż za granicą. Nad głowami bohaterów przelatują myśliwce, rozmowy o dronach brzmią jak relacje z frontu, a wojna za wschodnią granicą przestaje być odległym tłem. Opowieść wraca też do dawnej sprawy sprzed lat. Nie zdradzę szczegółów. Powiem tylko, że jako były policjant i biegły od dokumentów czytałem ten wątek ze ściśniętym gardłem. Wiem, jak wiele może zależeć od jednej kartki papieru i od tego, kto ostatni trzymał ją w ręku.
Warto wreszcie zatrzymać się przy tytule. Dla kogoś, kto nosił policyjny mundur, brzmi on znajomo. Stan wyższej konieczności to w polskim prawie karnym sytuacja, w której wolno poświęcić jedno dobro, by ratować inne, cenniejsze. Kodeks stawia przy tym twarde warunki. Chmielarz pyta o to, czego kodeks nie rozstrzyga. Kto decyduje, które dobro jest cenniejsze? I co się dzieje, gdy tę decyzję podejmuje ktoś, dla kogo cudze życie jest tylko pozycją w kosztorysie? Przeciwnicy Bezimiennego rzadko brudzą sobie ręce. Służby, wojsko i państwowe procedury traktują jak narzędzia, a zagrożenie organizują cudzymi rękami. Patrzyłem na tę machinę z uznaniem dla autora. I z niepokojem, bo opisany mechanizm wcale nie wydaje się wymyślony.
Czy coś mi zgrzytnęło? Odrobinę. Odsłonięcie przeszłości ma swoją cenę. Tajemnica, z której Bezimienny żył przez cztery tomy, w dużej mierze się rozwiewa. Czy przestaje przy tym być bezimienny? Tego nie zdradzę. Zdarza się też, że rozmach wydarzeń każe przymknąć oko na wiarygodność, a pierwsze rozdziały, gęste od wątków, wymagają skupienia. To jednak koszty, które konwencja sensacji przyjmuje z otwartymi ramionami. Wątki szybko się prostują, a prawda emocji wynagradza każdą umowność.
A finał? Nie zamyka drzwi. Uchyla je szerzej niż kiedykolwiek. Bezimienny zrzuca z siebie ciężar, który nosił latami, choć sam nie wiedział, jak bardzo go przygniatał. Po raz pierwszy od dawna może swobodnie odetchnąć. Tyle że człowiek, który nie musi już przed niczym uciekać, może ruszyć w każdą stronę. Mam przeczucie, że to, co przed nim, będzie jeszcze mocniejsze i jeszcze bardziej szalone. Bardziej otwarte na świat, na nowe pomysły i na przygody, których dziś nawet nie umiemy sobie wyobrazić.
„Wyższa konieczność” to dla mnie najlepszy tom cyklu. Kto zna wcześniejsze części, dostanie nagrodę za wierność. Kto zacznie od piątki, poradzi sobie, choć warto wrócić do początku, bo satysfakcja z odkrywania prawdy rośnie z każdym tomem. Ja zamknąłem książkę nad ranem. Za oknem było jeszcze ciemno. Ale gdzieś w środku, wbrew wszystkiemu, tliło się to jedno światełko. Ciche i nieoczywiste, ale prawdziwe.
Książka przeczytana dzięki Wydawnictwu Marginesy.
Metryczka
Tytuł: Wyższa konieczność
Autor: Wojciech Chmielarz
Gatunek: powieść sensacyjna
Wydawnictwo: Marginesy
Rok wydania: 2026
ISBN: 978-83-68753-96-7
