Ojciec Pio w labiryncie dobra i zła. Święty pod nadzorem
Jedni widzieli w nim cudotwórcę. Inni szukali w nim oszusta. Przez pół wieku Ojciec Pio z Pietrelciny nosił na sobie oba te spojrzenia, tak jak nosił rany na dłoniach. Brat Błażej Strzechmiński zabiera nas właśnie w tę przestrzeń. Tam, gdzie wiara spotyka się z podejrzeniem, a modlitwa z intrygą.
Wydawnictwo Serafin zapowiada tę książkę jako pierwszy w Polsce dreszczowiec z Ojcem Pio w roli głównej. To mocne słowa. Warto więc od razu powiedzieć, czym ta opowieść jest, a czym nie jest.
Autor prowadzi narrację linią biograficzną. Idziemy za Pio od rodzinnej Pietrelciny przez kolejne etapy jego drogi. Zatrzymujemy się w chwilach przełomowych, duchowych i fizycznych. Tak zbudowana jest zdecydowana większość opowieści o stygmatyku z San Giovanni Rotondo. Tutaj jednak nie jest to wygodny schemat. To świadomy wybór i zarazem najlepsze rozwiązanie. Chronologia pozwala zobaczyć drogę duchową jako proces, a nie zbiór cudownych anegdot. Świętość nie spada tu z nieba gotowa. Dojrzewa w czasie, w cierpieniu i w konfrontacji.
Strzechmiński wie, o czym pisze. Kapucyn, doktor teologii duchowości, od lat zgłębia fenomen Pio. Pisał naukowo o jego cierpieniu w świetle listów do kierownika duchowego. Wcześniej oddał czytelnikom „Świadków tajemnicy”, opowieść o osobliwym towarzystwie ludzi, których losy splotły się z zakonnikiem z Gargano. Tę wiedzę czuć w każdym rozdziale. Fakty są pewne, tło historyczne solidne.
Ważne jest coś jeszcze. To nie jest książka religijna w ścisłym sensie. Nikogo nie nawraca. Niczego nie narzuca. Oczywiście czujemy, kto ją napisał. Wrażliwość zakonnika, jego wiara i duchowość przenikają tekst. Czytelnik spoza Kościoła nie poczuje się jednak ani intruzem, ani celem misji. Z drugiej strony nie jest to typowy thriller czy powieść sensacyjna. Kto szuka pościgów i strzelanin, ich tu nie znajdzie. Napięcie rodzi się gdzie indziej. W zamkniętych pokojach, w protokołach przesłuchań, w szeptach na klasztornych korytarzach.
Historia Pio to w gruncie rzeczy historia walki dobra ze złem. Toczonej na dwóch poziomach jednocześnie. Na poziomie realnym, fizycznym, namacalnym. I na poziomie wyższym, duchowym, który przekracza emocje i rejony serca, a tym bardziej rozum. To odwieczny temat każdej literatury. Także kryminalnej i sensacyjnej. Tyle że tutaj realizowany inaczej. Bez trupa w pierwszym rozdziale, za to z pytaniem o naturę zła, które nie daje spokoju do ostatniej strony. Są tu magia i wróżbiarstwo. Są wojny i epidemie. Są wreszcie intrygi. I to one niosą największy ładunek napięcia.
Wystarczy spojrzeć na tę historię oczami śledczego, by poczuć chłód. Młody zakonnik z ranami na dłoniach, stopach i boku. Rany, które nie goją się i nie ulegają zakażeniu. Lekarze, którzy wydają sprzeczne opinie. Wizytatorzy przysyłani z Rzymu. Protokoły przesłuchań, które przez dziesięciolecia leżały w zamkniętych archiwach. Z takiego materiału autorzy kryminałów budują całe cykle.
Potem przychodzi to, co niepokoi najbardziej. Zakaz publicznego odprawiania mszy i spowiadania. Lata odcięcia od ludzi, którzy do niego ciągnęli. Donosy, plotki i oskarżenia wymierzone w najczulsze miejsca. Wreszcie mikrofony ukryte tam, gdzie człowiek wyznaje najgłębsze tajemnice sumienia. Pio przez długie okresy żył jak podejrzany we własnym domu. Obserwowany, sprawdzany, uciszany.
Strzechmiński prowadzi czytelnika przez ten labirynt spokojnie, bez taniej grozy. I właśnie ten spokój działa najmocniej. W tej historii nikt nie strzela z ciemnej bramy. Zło ma tu podpis, pieczątkę i dobre uzasadnienie. A naprzeciw niego stoi człowiek, który na każdą niesprawiedliwość odpowiada posłuszeństwem i modlitwą.
Przez lata służby w policji nauczyłem się prostej prawdy. Za każdym złem stoi motyw. Najczęściej banalny. Pieniądze, władza, potrzeba kontroli. Elementy dreszczowca, o których mówi wydawca, rodzą się w tej książce dokładnie tam. Na styku realizmu i duchowości. A mówiąc trafniej, na styku instytucji, także religijnych, i ludzi, którzy za nimi stoją. Ludzi kierowanych niskimi pobudkami. Chęcią zysku. Pożądaniem władzy i siły. Pragnieniem panowania nad innymi i nad samą rzeczywistością.
To najciekawsze i najmocniejsze wątki książki. Mechanizmy znane z dziejów państw i urzędów, z gabinetów polityków, z dworów tyranów i z sal zarządów spółek działają tu w klasztornych korytarzach i kościelnych gabinetach. Od wieków te same. Aż po współczesność. Te mechanizmy zderzają się z czymś, czego nie potrafią przewidzieć. Z prostotą wiary. Pio nie miał armii, majątku ani wpływów. Miał modlitwę, którą nazywał swoją bronią, i posłuszeństwo, które dla wielu wyglądało jak słabość. Nie bał się płacić najwyższej ceny za to, że nie ugiął się przed złem. To zderzenie jest etycznym sercem książki. Przypomina, że opór wobec zła nie zawsze wygląda jak bunt. Czasem wygląda jak cierpliwe trwanie. I bywa skuteczniejszy niż każda strategia.
Czy to dreszczowiec w gatunkowym sensie? Nie do końca. I chyba wcale nie musi nim być. Autor stawia na wierność faktom, a nie na efekty. Momentami można by życzyć sobie śmielej dawkowanego napięcia i języka bliższego współczesnemu czytelnikowi. To jednak drobna uwaga wobec materiału, który broni się sam. Dreszcz pojawia się tu po prostu inaczej niż w thrillerze. Nie w zwrocie akcji, lecz w chwili, gdy rozumiemy, do czego zdolni są ludzie przekonani o własnej racji.
Kto chce poznać Pio po raz pierwszy, dostanie uporządkowany i wiarygodny wstęp. Kto zna jego biografię, zyska ciekawą zmianę perspektywy. A czytelnik kryminałów odkryje, że najgroźniejsze labirynty nie powstają w ciemnych zaułkach. Powstają w ludzkich ambicjach.
Pio wyszedł z tego labiryntu nie dlatego, że znalazł wyjście. Wyszedł, bo ani na chwilę nie zgubił drogi.
Książka Wydawnictwa Serafin ukazała się pod patronatem medialnym Kryminalnych Tropów.
Metryczka
Tytuł: Ojciec Pio w labiryncie dobra i zła. Historia wiary, która przetrwała ciemność
Autor: Błażej Strzechmiński OFMCap
Gatunek: opowieść biograficzna z elementami dreszczowca
Wydawnictwo: Serafin
Rok wydania: 2026
ISBN: 978-83-68618-16-7
