„H” Bernarda Miniera. Oddech Hirtmanna tuż za plecami

Okładka powieści „H” Bernarda Miniera na tle zimowego górskiego domu w PirenejachNa jedne powieści czekamy z radością, a na inne z niepokojem. „H” Bernarda Miniera wywołuje oba te uczucia jednocześnie.

Pisałem przed laty, że Minier jest autorem, na którego kolejną książkę czekam z niecierpliwością. To się nie zmieniło. Cenię jego inne literackie pomysły, zwłaszcza Lucię Guerrero, bohaterkę naznaczoną, ale nie złamaną. Do Martina Servaza wracam jednak jak do starego znajomego, z którym wiele się przeszło. Od „Bielszego odcienia śmierci”, od lodowatych Pirenejów, Irène Ziegler i zakładu psychiatrycznego w górach, ta para nie daje mi spokoju. Z jednej strony tuluski komendant z humanistyczną duszą, melancholik zasłuchany w Mahlera, który kiedyś chciał zostać pisarzem. Z drugiej Julian Hirtmann, były genewski prokurator i seryjny zabójca. Jego inteligencja przewyższa niemal wszystkich książkowych morderców, o prawdziwych nie wspominając. Służyłem w policji dość długo, by wiedzieć, że realni seryjni rzadko bywają tak błyskotliwi. Literatura ma jednak prawo do takiego przeciwnika, a Minier potrafi z tego prawa korzystać.

Czy z tego pomysłu dało się wycisnąć coś jeszcze? Po tylu tomach mogło się wydawać, że autor zbadał ten pojedynek w każdym wymiarze. W głąb i wszerz, emocjonalnie i etycznie. Okazuje się, że nie wszystko zostało powiedziane. „H” daje satysfakcję, tę samą, która zawsze towarzyszyła lekturze przygód Servaza i jego odwiecznych zmagań z Hirtmannem. To satysfakcja z intrygi wciągającej i udanej pod względem zaskoczenia. Fani tego bohatera, a właściwie dwójki nieustannie mierzących się ze sobą bohaterów, będą zadowoleni. A wcale nie jest o to łatwo.

Tytuł jest tym razem chyba najtrafniejszy i najbardziej pojemny w całej serii. Jest pojemny dla autora i dla czytelników. Zmieści wszystko, co w tej książce zrozumiecie, poczujecie i przeżyjecie. Wydawca dobrze to wyczuł. Na okładce czytamy „H jak hekatomba, H jak horror, H jak…”. Bez zdradzania czegokolwiek wiemy, że H jak Hirtmann. Ale równie dobrze może to być honor albo hańba, histeria, heroizm, hybris czy hazard. Każdy znajdzie tu własne słowo.

Jest w „H” coś, co wybrzmiewa mocniej niż w którymkolwiek z wcześniejszych tomów. To strach odczuwalny fizycznie. Czuje się go tuż przy twarzy, za plecami, w powiewie powietrza przy samym uchu. Siedzi w oczekiwaniu na zmianę, na błysk w oku, który zauważa się natychmiast. Hirtmann uciekł z austriackiego więzienia. Czyha, jest blisko i działa. Servaz, odsunięty na przymusowy urlop, ukrywa się z rodziną w drewnianym domu pod ochroną policji. W każdej chwili Hirtmann może zagrozić jemu, synowi Gustavowi, partnerce Léi Delambre i ludziom z jego otoczenia. To napięcie nie opuściło mnie ani razu, odkąd zacząłem przewracać kartki. Zabójca ma przy tym rozmach. Jego ślady prowadzą przez całą mapę Europy, a nawet do Polski. W Poznaniu ktoś miał go widzieć na Starym Rynku, a niedaleko archikatedry znaleziono ciało młodej kobiety. To, co Minier robi w ten sposób z czytelnikiem, jest majstersztykiem. Nie gorzej wypada gra na mapie śledczych węzłów, ślepych uliczek i fałszywych tropów.

Najciekawszy wydaje mi się pomysł gry, w którą wciągnięci zostają wszyscy. Za Hirtmannem rusza nie tylko policja. Rusza Emmanuel Sachs, bestsellerowy pisarz, którego siostra zginęła z ręki Szwajcara i który obiecuje sobie książkę życia. Ruszają internetowi detektywi amatorzy, miłośnicy true crime pracujący dzień i noc przed ekranami. Rusza też Damien Dix, gwiazdor najpopularniejszego talk-show we Francji, który chciałby mieć seryjnego mordercę w swoim studiu. Każdy kieruje się innym motywem. Minier zderza klasyczną robotę śledczą z rozrywką, która karmi się zbrodnią. Przypomina, że za każdą „historią do opisania” stoi dramat prawdziwych ludzi. Więcej zdradzić nie mogę. Powstaje z tego labirynt myśli, dowodów, przypuszczeń i wielokrotnych rozwiązań. Na ile prawdziwych i nieprzekombinowanych, czytelnik musi ocenić sam.

Dla mnie najważniejsze w tej powieści okazało się pytanie o otwartość. Kto komu mówi prawdę? Ile tej prawdy wolno przekazać dalej? Servaz już na pierwszych stronach odkrywa, że obcy ludzie wiedzą o jego życiu więcej niż on sam. Ktoś przeczesał sieć, zdjęcia, metadane i aplikacje sportowe. Ktoś znalazł to, czego on wolałby nie wiedzieć. To przemoc bez użycia siły, która zaciera granicę prywatności. Wkrótce sam komendant staje przed wyborem, który dobrze znam z własnej służby. Co powiedzieć zespołowi, a co zachować dla siebie? Czym podzielić się z cywilem, który może pomóc? Servaz dawkuje informacje. Przed współpracownikami ukrywa źródła, których by nie zaakceptowali. Sachsowi zdradza tylko część tego, co wie. Nowy przełożony, nadkomisarz Hervelin, patrzy na niego nieufnie i rozmawia z nim niemal jak z podejrzanym. Ambitna porucznik Stéphanie Kraczyk prowadzi własne ustalenia. Léa ma swoje milczenie. Nawet Samira Cheung, wierna współpracowniczka Servaza, gotowa jest sięgnąć po wiedzę skazanego przestępcy, bo jej zdaniem nie ma znaczenia, skąd pochodzą informacje. Otóż ma znaczenie. Śledztwo stoi na zaufaniu wewnątrz zespołu i na przejrzystości wobec prokuratora i sędziego. Każde przemilczenie, nawet w dobrej wierze, zostawia rysę. Jedna rysa nie burzy sprawy, ale kilka potrafi ją zatopić. Minier pokazuje to bez moralizowania. Pozwala czytelnikowi samemu poczuć, jak cienka jest granica między ostrożnością a nieufnością, między lojalnością a zmową milczenia. W nocie od autora pada rada, by nigdy nie ufać opowiadaczom. W „H” ta przestroga dotyczy wszystkich. Dotyczy pisarzy, dziennikarzy i policjantów, a czasem także ludzi, z którymi dzieli się dom.

Nie wszystko mnie przekonało. Niektóre wątki wydały mi się, jeśli nie przekombinowane, to przynajmniej ograne. Były zbyt sceniczne i zbyt modne. Myślę zwłaszcza o literacko-internetowej scenografii z Sachsem w roli dyrygenta i grupą detektywów ukrytych za nickami z klasyki kina. Czytałem te sceny z ciekawością, ale miałem wrażenie, że oglądam dobrze wyreżyserowany spektakl, a nie życie. Świat relacji międzyludzkich wciąż jest bogaty. Prawda i kłamstwo, lęk i siła, miłość i nienawiść szarpią bohaterami jak dawniej. W kręgu najbliższych Servazowi ten świat jednak nieco osłabł. Relacje z Léą, z Gustavem i z dawnymi współpracownikami nie są już tak pogłębione jak w poprzednich tomach. Czuć, że ta historia długo trwa. Bohater od trzydziestu lat stoi w tym samym miejscu kariery, a autor tworzy z nim już coś na kształt starego małżeństwa, z dobrymi chwilami i kłótniami.

Wszystko to wynagradza finał. To jedno z najmocniejszych zakończeń w całej serii. Minier długo prowadzi czytelnika po labiryncie, by w ostatnich rozdziałach odwrócić perspektywę i kazać spojrzeć na wcześniejsze sceny zupełnie innymi oczami. Elementy, które wydawały się dekoracją, nagle zaczynają pracować. Pytanie o to, komu można ufać, wraca z podwójną siłą. Finał jest mroczny, gęsty i zaskakujący, a przy tym konsekwentny. Nie zamyka wszystkiego. Zostawia ślad na długo i aż prosi o powrót do pierwszych stron.

Po ostatniej stronie zostaję więc z pytaniami. Dokąd Minier poprowadzi teraz Servaza? Co jeszcze kryje relacja, która od lat określa obu bohaterów? Czy komendant, który kiedyś chciał pisać, znajdzie wreszcie własną opowieść? I czy autor odkryje w nim kolejną warstwę, której jeszcze nie znamy? Nie znam odpowiedzi. Czekam na nie z tym samym niepokojem i z tymi samymi wypiekami na twarzy co przed laty.

Przeczytane dzięki Wydawnictwu Rebis

Metryczka

Tytuł: H
Autor: Bernard Minier
Gatunek: thriller, kryminał
Wydawnictwo: Dom Wydawniczy REBIS
Rok wydania: 2026
ISBN: 978-83-8338-561-7

Nasza ocena