„Dosiad” Katarzyny Gołdy, czyli kto tu jest zdobyczą

Okładka powieści "Dosiad" Katarzyny GołdaSą thrillery szpiegowskie, w których praca w służbach wygląda jak w filmie akcji. Strzelaniny, pościgi, agenci w ciemnych okularach. I są takie, w których najgroźniejszą bronią jest wiedza. Liczy się to, kto wie więcej, kto dowie się pierwszy i komu można to powiedzieć. „Dosiad” Katarzyny Gołdy należy do tych drugich. Napisała go osoba, która zna ten świat od środka i nie musi go wymyślać. Wystarczy, że go pokaże.

Akcja trwa pięć dni. Zaczyna się w czwartek 19 grudnia 2019 roku, kończy w poniedziałek przed Wigilią, a krótki epilog dopisuje sylwestra i Nowy Rok. Warszawa przed świętami, marznący deszcz, śnieg na Polu Mokotowskim, zapach gotowanej kapusty na klatkach schodowych. W tych kilku dniach mieści się jednak materia, która w zwykłym życiu wypełniłaby miesiące, a może lata. Pogrzeb przyjaciela. Niejawne przeszukanie własnego domu. Utracona broń. Brat, który przed jedenastu laty zniknął bez słowa, staje nagle w progu. Narzeczony, któremu coraz trudniej ufać. Były przełożony, który grozi łagodnym głosem. A w tle plik z chińskimi notatkami, którego wagi nikt jeszcze nie rozumie. Tempo bywa wręcz zatrważające. Doba ma tu chyba czterdzieści osiem godzin, a bohaterowie nie mają prawa do snu. I rzeczywiście go nie mają.

Tytuł może zaskoczyć, więc autorka wyjaśnia go w krótkim słowniczku na końcu książki. Słowo „dosiad” ma dwa znaczenia. W języku służb oznacza tajne przeszukanie mieszkania. Ktoś wchodzi, sprawdza, co chce, i wychodzi tak, by nikt się nie zorientował. U sokolników to chwila, gdy ptak drapieżny dopada zdobyczy. Oba znaczenia pasują do kapitan Bogny Bohr. Na co dzień to ona tropi innych. Tym razem sama staje się czyjąś zdobyczą. Ktoś wszedł do jej domu i niczego nie zabrał. Zostawił za to czerwony samochodzik i małą butelkę wina, które kojarzą się z jej zmarłym przyjacielem. Bogna od razu rozumie, że to ostrzeżenie. Ktoś chce, żeby wiedziała, że tu był. Przypomina jej to metody enerdowskiej Stasi. Tamci nie bili i nie krzyczeli. Przestawiali drobiazgi w mieszkaniach swoich ofiar, aż ci ludzie przestawali ufać własnym zmysłom.

Z dynamiką fabuły świetnie współgra narracja. Gołda dzieli rozdziały na krótkie, numerowane sekwencje, często kilkustronicowe. Oddaje głos Bognie, potem jej przełożonemu O’Harze, archiwistce Elizie, narzeczonemu Tomkowi. Przenosi nas z Piaseczna na Rakowiecką, z Wilanowa do Wólki Kosowskiej, z prosektorium przy Oczki na korytarz szpitala dziecięcego. Cofa się o jedenaście lat albo do grudnia 2001 roku i natychmiast wraca. Zdania są krótkie, bywa, że bez orzeczenia. „Mocne szarpnięcie. Przeszywający szyję ból. Puf!” Dialogi są szybkie i konkretne. Nikt nie wygłasza tu monologów, bo każde słowo ma swoją cenę. To nie jest maniera. Taka forma naśladuje sposób myślenia ludzi, którzy żyją w trybie nieustannej oceny sytuacji.

Napięcie rodzi się przede wszystkim z nieustannych zwrotów akcji. Plany sypią się jeden po drugim. Spotkanie trzeba przełożyć, rozmówca nie odbiera, ustalenie okazuje się fałszywe. Podejrzany staje się sojusznikiem, a sojusznik podejrzanym. Autorka rzuca bohaterom i czytelnikowi ochłapy informacji. Jedno zdanie, zdjęcie w telefonie, wykaz połączeń, anonimowy SMS. Każdy taki okruch zmienia tok myślenia i bieg zdarzeń. Zmienia też decyzje o tym, co powiedzieć, a co przemilczeć. I tu dochodzę do tego, co uważam w tej powieści za najcenniejsze. „Dosiad” jest książką o informacji. O tym, kto nią dysponuje, a kto nie. O jej ciągłym sprawdzaniu, rozbudowywaniu i redukowaniu, gdy trzeba. O wychodzeniu do przodu po to, by po zdobyciu nowej wiedzy cofnąć się, zmienić kierunek albo przeć dalej. Bogna stosuje wobec przełożonego „metodę stopniowania problemów”. Mówi od najcięższego do najlżejszego, a resztę zostawia na później. O’Hara pytany, czy zna pewnego profesora, odpowiada jednym słowem. „Może”. W tym słowie mieści się cała filozofia tej profesji. Rzadko w polskiej powieści sensacyjnej widziałem tak wyraźnie, że informacja jest walutą, bronią i ciężarem jednocześnie.

Nie dziwi mnie to. Katarzyna Gołda służyła blisko dwadzieścia lat w polskim kontrwywiadzie, cywilnym i wojskowym. Z wykształcenia jest polonistką, przez rok uczyła w szkole. Zadebiutowała w marcu tego roku „Złotym spadochronem”, inspirowanym aferą „Żelazo”. „Dosiad” jest jego kontynuacją. Polska literatura sensacyjna ma już całe grono autorów, którzy znają służby z własnego doświadczenia. Najbardziej znany jest Vincent V. Severski, dawny oficer wywiadu, autor cyklu o „Nielegalnych”. Gołda w podziękowaniach wspomina rozmowę z nim na jednej kanapie. Po thriller sięgnęli też inni byli oficerowie, między innymi Marcin Faliński, Robert Michniewicz, Piotr Wroński i Ryszard Oleszkowicz. Na tym tle Gołda wyróżnia się dwiema rzeczami. Po pierwsze to kobiecy głos w gronie, które dotąd tworzyli niemal wyłącznie mężczyźni. Po drugie pokazuje kontrwywiad od jego najmniej efektownej strony. Zamiast egzotycznych stolic mamy Piaseczno, Ursynów i Rakowiecką, a zamiast spektakularnych akcji segregatory, zgody przełożonych i notatki służbowe. Wszystkich tych pisarzy chętnie nazywa się agentami, choć w języku służb to słowo oznacza kogoś innego. Agent to tajny informator, a nie funkcjonariusz. Gołda była oficerem i ten oficerski konkret czuć w każdym rozdziale. Wymóg zgody przełożonego. Zasada ograniczonego dostępu do wiedzy. Notatka służbowa przytoczona w całości, z punktami i podpunktami. Odręczne zobowiązanie do zachowania tajemnicy, podpisane przez szwagierkę w gabinecie kosmetycznym w Wólce Kosowskiej. Śmiałem się, a jednocześnie wiedziałem, że to mogło się zdarzyć.

Jako były technik kryminalistyki z prawdziwą przyjemnością czytałem scenę oględzin po włamaniu. Proszek daktyloskopijny, folia, płytka celuloidowa, margines zostawiony na metryczkę. Patrol, który nie robi oględzin i czeka na grupę. Ta grupa składa się, jak zauważa z przekąsem autorka, z dwóch policjantów. Jest wreszcie słowo, o które potyka się wielu autorów kryminałów. Gołda pisze o odbitkach linii papilarnych, a nie o odciskach. W podziękowaniach wspomina, kto jej wyjaśnił tę różnicę. Lekcja nie poszła w las.

Wszystkie relacje w tej powieści skupiają się wokół Bogny i każda z nich jest inną próbą zaufania. Z O’Harą, przełożonym i mentorem, łączy ją coś w rodzaju kontraktu. „Albo będziemy sobie ufać, albo od razu to zakończmy”, mówi on. Oboje jednak trzymają w zanadrzu swoje tajemnice. Ona, zanim cokolwiek wyzna, chce dostać coś w zamian. On, zanim jej wysłucha, pyta, czy go nagrywa. Z Tomkiem, czułym okulistą z sąsiedztwa, który właśnie się do niej wprowadził, łączy ją miłość podszyta nieufnością. Bogna czyta jego gesty tak, jak czyta się zachowanie obserwowanej osoby. Zastanawia się nawet, czy po jego stracie czułaby rozpacz, czy ulgę. Czytelnik długo nie wie, czy to intuicja, czy już paranoja. Brat Bastek wraca po jedenastu latach. Bogna wyobrażała sobie, że rzuci mu się w ramiona albo zrobi awanturę. Tymczasem nie potrafi wykonać żadnego gestu. „Był moim bratem jedenaście lat temu”. Przeciwwagą są ludzie z jej wydziału, czyli Hanka, Kefir i Ginger, ze swoimi docinkami i pamięcią o zmarłym Jogim. Przy nich Bogna na chwilę przestaje grać.

Ma ledwie trzydzieści kilka lat i jest najmłodszą naczelniczką w dziejach kontrwywiadu. Ścięła długie włosy, żeby przestano ją brać za „blond niunię”. Od śmierci przyjaciela wciąga tabakę. Nie śpi, prawie nie je. Na jawie i we śnie widzi mężczyznę, który celuje do niej z jej własnego pistoletu. Leków od psychiatry nie bierze, bo boi się, że przyznanie się do słabości skończy jej karierę. Mottem powieści są słowa Orwella o tym, że najperfidniejszym wrogiem jest własny układ nerwowy. Silnych i pełnych bohaterek w tym gatunku wciąż jest niewiele. Kobiety w powieściach szpiegowskich bywają najczęściej piękną dekoracją albo twardą wojowniczką bez życia wewnętrznego. Dotyczy to zarówno postaci tworzonych przez mężczyzn, którzy częściej piszą takie książki, jak i tych wymyślonych przez pisarki. Bogna jest inna. Ma ciało, które się buntuje, emocje, które ją zdradzają, i odwagę, która nie wyklucza strachu. Właśnie dlatego jest prawdziwa i właśnie dlatego trudno się od niej oderwać.

Gołda nie moralizuje, ale etyka tej pracy wraca w niemal każdej scenie. O’Hara kieruje się regułą wyniesioną sprzed trzydziestu lat. „Jeśli złapią cię za rękę, mów, że to cudza ręka”. W zaplombowanej szafie trzyma prywatne archiwum kopii dokumentów, za które poszedłby siedzieć. Tomek zawyża szkodę na policji, by zmusić ją do wszczęcia dochodzenia. Bogna przypomina mu, że wprowadzenie policji w błąd jest przestępstwem. Chwilę później sama milczy w sprawie, o której powinna zawiadomić. Małe kompromisy narastają po cichu, jak odsetki. Patrzę na to jako ktoś, kto całe zawodowe życie spędził w zawodach zaufania publicznego. Ta powieść stawia pytanie, gdzie kończy się dyskrecja, a zaczyna kłamstwo. Gdzie kończy się ochrona źródła, a zaczyna ochrona własnej skóry. I kto kontroluje tych, którzy kontrolują nas.

Najsmakowitszy jest jednak wątek chiński. Wśród tajemnic, które Bogna odziedziczyła po zmarłym dyrektorze, jest plik z odręcznymi notatkami po chińsku. Ma krótką nazwę. Wuhan. Jest grudzień 2019 roku. Polskie służby są zajęte sobą, powyborczymi czystkami, starymi listami współpracowników i kompromitującymi nagraniami. Tymczasem w radiu pada krótka wzmianka o tajemniczym zapaleniu płuc w jednej z chińskich prowincji. Gdy O’Hara zaczyna się niepokoić, Bogna wybucha śmiechem. „Ale to tylko grypa”. My wiemy, co przyniósł rok 2020. Bohaterowie tego nie wiedzą. Ta ironia mrozi krew i daje lekturze dodatkowy dreszcz. Czy to teoria spiskowa? Pochodzenie pandemii wciąż dzieli naukowców i służby. Autorka nie buduje tezy. Zaznacza tylko, że opisana historia nie wydarzyła się naprawdę, choć mogła. Ciekawsze wydaje mi się pytanie, które pada mimochodem. „Informacje należy dozować, żeby nie wywołać paniki”. Kto decyduje, ile społeczeństwo ma prawo wiedzieć? I co się dzieje, gdy taka decyzja zapada w gabinecie, w którym czyjaś pozycja liczy się bardziej niż prawda?

Nie wszystko przychodzi lekko. Wątków i postaci jest tak wiele, że lektura wymaga skupienia. Warto też wcześniej przeczytać „Złoty spadochron”, bo wiele cieni z tamtej historii pada na tę. Zakończenie więcej otwiera, niż zamyka. To tom środkowy i nie udaje, że jest inaczej. Ten chaos jest jednak chaosem Bogny. Powieść oddycha jej rytmem. Kiedy ona nie śpi, narracja też nie zwalnia. Kiedy jej myśli się rwą, rwą się też rozdziały. Kiedy przestaje odróżniać to, co widzi, od tego, co jej się wydaje, czytelnik również traci pewność. Nawet sceny halucynacji, które mogą spowalniać akcję, mają tu swój sens. To nie jest usterka konstrukcji, tylko jej zasada. Dzięki temu czytelnik może poczuć, jak to jest, gdy wszystko wali się naraz, a ty musisz nadal działać.

Na koniec wracam do tytułu. Powieść zaczyna się od tajnego przeszukania domu Bogny, ale szybko okazuje się, że przeszukiwane jest coś więcej. Jej przeszłość, jej rodzina, jej związek i wreszcie jej własna głowa. Każdy tu na kogoś poluje i każdy może w jednej chwili stać się zdobyczą. Katarzyna Gołda nie mówi, kto w tej grze jest drapieżnikiem. Pokazuje za to, jak wygląda świat, w którym nie można być pewnym niczego, nawet własnych oczu. Kiedy zamknąłem książkę, odruchowo rozejrzałem się po przedpokoju i sprawdziłem, czy wszystko leży na swoim miejscu. Chyba trudno o lepszą rekomendację.

Przeczytane dzięki Wydawnictwu Literackiemu

Metryczka

Tytuł: Dosiad
Autor: Katarzyna Gołda
Gatunek: thriller szpiegowski
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Rok wydania: 2026
ISBN: 978-83-08-08955-2

Nasza ocena