7 złotych pytań kryminalistyki: Paweł Jaszczuk o „Grobli”
Paweł Jaszczuk przez lata wracał do przedwojennego Lwowa i jego dziennikarza, Jakuba Sterna. W „Grobli” zostawia tamtą epokę i sadza swojego nowego bohatera, detektywa Edwarda Mozę, w całkowicie współczesnych realiach. Z okazji dzisiejszej premiery zapytałem autora, dlaczego postanowił zmierzyć się z teraźniejszością, ile z niego samego jest w Mozie i co trzymało go przy Lwowie tak długo. Oto kolejna odsłona cyklu „7 złotych pytań kryminalistyki”.
Co skłoniło Pana, autora zakochanego w przedwojennym Lwowie i twórcę cyklu o Jakubie Sternie, żeby w „Grobli” postawić akcję w całkowicie współczesnych realiach? Czy po latach pisania kryminału historycznego czuł Pan potrzebę zmierzenia się ze światem, w którym nie ma już archiwów i sztafażu epoki do opisania?
Nie mogę udawać, że współczesność mnie nie dotyczy. Tak się nie da i nie godzi. To nie sen, z którego można się wybudzić, wypić kawę i zapomnieć. Wygodnie jest mieć dystans historyczny do teraźniejszości, lecz muszę reagować na to, co dzieje się teraz. „Grobla” jest odpowiedzią na pytania, które mnie nurtują. Kiedy teraźniejszość zamieni się w przeszłość, obrośnie komentarzami historyków i trafi do podręczników – może wydać się następnym pokoleniom mało interesująca. Zanurzony we współczesności mogę przez jakiś czas płynąć pod prąd, ale nie lekceważę głównego nurtu. Ciekawi mnie, skąd się wzięliśmy, lecz dokąd zmierzamy nie potrafi określić nawet AI.
Gdzie szuka Pan dziś inspiracji, skoro przez większość kariery czerpał Pan z historii i realiów przedwojennego Lwowa? Czy źródła zmieniły się razem z przejściem do współczesności, czy metoda pracy z materiałem pozostała ta sama, zmienił się tylko punkt wyjścia?
Przed powieściami lwowskimi zmierzyłem się z historią Zakładu dla Obłąkanych w Kortau, dawnej dzielnicy Allenstein (Olsztyna). Napisałem powieść w formie fikcyjnego dziennika młodego psychiatry i zatytułowałem ją „Testament Schlichtingera”. Akcja powieści obejmuje sześć miesięcy 1914 roku, ukazując realia pracy w instytucji zamkniętej oraz atmosferę nadchodzących przemian historycznych. Dziennik miał dwa wydania, a teraz powstała trzecia wersja, lecz za każdym razem musiałem traktować tę historię jak teraźniejszość. W świecie Jürgena nic nie istniało po 1914 roku. Wracając do Jakuba Sterna we Lwowie – on, podobnie jak Schlichtinger, nie miał pojęcia o komputerach, telewizorach, smartfonach ani rakietach. Zmienił się tylko punkt wyjścia, lecz metodę pracy narzuca doświadczenie i intuicja pisarska.
Kiedy zdecydował się Pan zostawić na chwilę dziennikarza Jakuba Sterna i stworzyć nowego bohatera, szorstkiego i nieufnego Edwarda Mozę, szefa Biura Detektywistycznego MOZA? Czy to był plan od dawna, jedna z tych postaci, które noszą się w głowie latami, czy pomysł narodził się dopiero przy pisaniu „Grobli”?
Nie chciałem być autorem, którego da się zaszufladkować. Co prawda z Jakubem Sternem zaprzyjaźniliśmy się mocno, ale wyzwanie teraźniejszości jest nie mniej pociągające, dlatego wymyśliłem Edwarda Mozę. Nie jest on postacią, którą nosiłem w głowie latami. SSceneria była gotowa, ale impuls zadecydował, by szorstki i nieufny Edward Moza, szef Biura Detektywistycznego MOZA, pokazał na co go stać.
Jak godzi Pan pisanie prozy z pisaniem dla teatru? Jest Pan przecież nie tylko prozaikiem, ale i dramaturgiem, a to zupełnie inne warsztaty, inna dyscyplina budowania napięcia i dialogu.
Zaprzestałem już pisania dramatów – lecz doświadczenie wyniesione z konstruowania dialogów i scen przypomina, że nie toczą się one „nigdzie”, tylko w określonej przestrzeni. To inny warsztat. Nie w opozycji, lecz uzupełniający.
Czym różni się Edward Moza, który nie ufa nikomu, nawet sobie, od Jakuba Sterna, pełnego pasji dziennikarza z przedwojennego Lwowa? Czy pisanie bohatera osadzonego w teraźniejszości, bez dystansu, jaki daje historia, wymagało od Pana innego podejścia do warsztatu?
Stern i Moza to bohaterowie różnych światów. Moza to mój kumpel, sąsiad, niemal kolega. Nadajemy na tych samych falach, może nawet robimy zakupy w tym samym sklepie i jedziemy tym samym tramwajem. W przypadku Jakuba Sterna musiałem „przenieść” się do świata moich rodziców i dziadków. To była fascynująca, lecz długo planowana podróż. Moje biurko uginało się wtedy od książek przywołujących atmosferę Leopolis, od map, fotografii i przedwojennych gazet (a dziś gazet, de facto, nikt nie czyta). Co wcale nie oznacza, że „Groblę” pisało mi się lekko, łatwo i przyjemnie.
Dlaczego to właśnie przedwojenny Lwów stał się miejscem, do którego wracał Pan przez większość kariery, zanim sięgnął Pan po współczesność w „Grobli”? Co w tym mieście i tamtej epoce trzymało Pana tak długo?
Lwów to miejsce na mapie Drugiej Rzeczpospolitej szczególne. Gród nad Pełtwią powstał na przecięciu szlaków handlowych – tu ludzka inicjatywa zawsze odgrywała kluczową rolę. Polacy, Ukraińcy, Żydzi, Ormianie, Niemcy, Austriacy pokochali to miasto. Stąd promieniowała kultura i nauka na całą Rzeczpospolitą. We Lwowie mieszkali: Zapolska, Lem, Herbert, Parandowski, Hanuszkiewicz, Janicki, Michotek, a także autor „Rozstań” – Henryk Panas. Lwów i Polskę sławili wybitni matematycy: Ulam, Banach, Mazur, Steinhaus, którzy w „Kawiarni Szkockiej” rozstrzygali skomplikowane matematyczne problemy, a nagrodą była żywa gęś. We Lwowie narodził się też swoisty język – bałak – charakterystyczny nie tylko dla batiarów, lecz dla całej lwowskiej społeczności. Tu żyli „serdeczni ludzi”, Tońcio i Szczepcio. Dziś, śmiem twierdzić, miasta z takim potencjałem naukowym i kulturalnym w naszym kraju nie ma.
Kto z bohaterów „Grobli” kosztował Pana najwięcej pracy, sam Edward Moza czy ktoś z jego otoczenia, którego lojalność okazuje się w toku śledztwa niepewna? Nagrodę Wielkiego Kalibru dostał Pan za „Foresta Umbra”, pełną historycznego rozmachu. Czy przy współczesnym bohaterze inaczej mierzy Pan sukces takiej postaci?
Każdy z bohaterów „Grobli” wymagał specyficznego podejścia. Nie zakładałem taryfy ulgowej dla żadnej postaci – choć Edwardowi Mozie poświęciłem najwięcej czasu. Zmieniają się realia, ale bohater powieści powinien mieć w sobie to coś, co przyciągnie czytelników. Jako autor z pewnym doświadczeniem i warsztatem odcinam się od poprzednich sukcesów i każdą nową powieść piszę tak, jakbym robił to po raz pierwszy.

Paweł Jaszczuk – prozaik i dramaturg, autor osadzonego w przedwojennym Lwowie cyklu o dziennikarzu Jakubie Sternie. Wcześniej zmierzył się z historią Zakładu dla Obłąkanych w Kortau w powieści „Testament Schlichtingera”, napisanej w formie fikcyjnego dziennika młodego psychiatry. Za „Forestę Umbra” otrzymał Nagrodę Wielkiego Kalibru. Pod szyldem Wydawnictwa Szara Godzina wydał też „Na skraju nocy”, „Lekcję martwej mowy”, „Sekret antykwariusza”, „Szczęśliwą Przystań”, „Po tej stronie księżyca” i „Za głosem serca”, swobodnie poruszając się między mrocznym kryminałem a powieścią obyczajową. W „Grobli” po raz pierwszy stawia akcję we współczesności i wprowadza nowego bohatera, detektywa Edwarda Mozę.
Kryminalne tropy objęły „Groblę” patronatem medialnym.
