„Dwie strony tej samej monety”. Tomasz Kieres w siedmiu złotych pytaniach kryminalistyki.
Kto pojawił się pierwszy, Bianka czy ten, kto w „Rubikonie” wymierza karę? Mówił Pan kiedyś, że w Pana powieściach na początku zawsze są bohaterowie, a dopiero potem miejsce i historia. Bianka to kobieta wycofana, zamknięta po śmierci siostry, a jednocześnie twardo przywiązana do prawdy i do przekonania, że przestępca ma zostać ujęty. W finale jej postawa potrafi jednak zaskoczyć, a nawet zaszokować. Czy od początku wiedział Pan, dokąd ją zaprowadzi? A może to ona w którymś momencie wyprzedziła autora?
Myślę, że pojawili się razem. Może ten który wymierza karę chwilę wcześniej, ale Bianka jest tak samo ważna dla całej historii jak on. Mógłbym wręcz powiedzieć, że jedno bez drugiego nie istnieje. Są jak dwie strony tej samej monety. Jeśli zaś chodzi o jej postawę na samym końcu, to jest ona wypadkową całej drogi, którą przechodzi nie tylko od początku powieści ale przez całe swoje życie. Jest wręcz jej kulminacją. Tak jakby doszła do pewnego punktu w którym zrozumiała jak ma się wszystko w co wierzyła czy chciała wierzyć do rzeczywistości. Czy od początku wiedziałem co zrobi na końcu? Nie całkowicie, wiedziałem gdzie się znajdzie, natomiast chwilę potrwało zanim zrozumiałem co musi zrobić, może wręcz dojrzewałem do tego razem z nią.
Czym musiał Pan zapłacić za przejście na drugi brzeg gatunku? Przez lata pisał Pan kameralne dramaty o miłości, stracie i drugiej szansie. Co z tego warsztatu okazało się w kryminale balastem, a co niespodziewanie stało się bronią? Pytam, bo mam wrażenie, że czułość, z jaką kiedyś opisywał Pan zakochanych, tutaj pracuje na rzecz grozy i intrygi.
Oczywiście, że pracuje. Nigdy nie czułem aby moje doświadczenie w pisaniu dramatów o miłości, bólu czy traumie było balastem. Powiem wręcz, że zgłębianie tych wszystkich postaci, ich charakterów czy motywów postępowania było atutem, który zdecydowanie pomógł mi przy psychologii postaci czy pokazaniu mechanizmów ich postępowania. Ludzie w dalszym ciągu są ludźmi i bardzo ważne jest, niezależnie od gatunku pokazać ich jak najbardziej prawdziwie i wiarygodnie. Sytuacje mogą być odmienne, czy droga i cel do których zmierzają ale to już jest wyzwanie dla mnie jako autora i doświadczenie w zgłębianiu psychiki bohaterów zdecydowanie pomaga, niezależnie od ich przeżyć, czy gatunku w którym się poruszałem.
Gdzie przebiega dla Pana granica między realizmem policyjnej procedury a pisarską swobodą? Pytam jako emerytowany policjant. Pierwsze miejsce zdarzenia z krwią, ale bez ciała, w realnym świecie nie trafiłoby od razu do Komendy Głównej. Zajęłaby się nim komenda rejonowa. Pan oddaje sprawę oficerowi KGP, który działa praktycznie sam. Czy to był świadomy wybór, który pozwolił skupić całą opowieść na jednej postaci? Czy raczej konsekwencja, którą dostrzegł Pan dopiero po fakcie?
To był zdecydowanie świadomy wybór. Podczas pisania takiej powieści bardzo ważne jest dla mnie zachowanie odpowiednich proporcji między realizmem policyjnej procedury a właśnie pisarską swobodą. Naturalnie nie można odpłynąć w rejony nie mające nic wspólnego rzeczywistą pracą Policji ale z drugiej strony ważne jest zachowanie płynności fabuły. Jeśli na przykład postać z komendy rejonowej byłaby istotna dla historii, to wtedy chętnie bym o nią zahaczył. Natomiast jeśli miałaby być tylko tłem, tak zwanym „opisem przyrody”, to mogłaby zaburzyć konstrukcję opowieści i stać się takim trochę sztucznym wypełniaczem, który zwalniałby nieco fabułę. Wszystko jest kwestią właściwego balansu.
Jak buduje się napięcie, kiedy czytelnik w pewnym momencie wie więcej niż prowadząca śledztwo? Hitchcock tłumaczył różnicę między zaskoczeniem a suspensem na przykładzie bomby ukrytej pod stołem, o której wie widz, a nie wiedzą bohaterowie. W „Rubikonie” oddał Pan głos temu, kto wymierza karę, a mimo to napięcie nie słabnie. Przeciwnie, powoli rozżarza się do białości. Jak pilnował Pan tempa tej odsłony, żeby wiedza czytelnika nie zgasiła ciekawości, tylko zamieniła ją w niepokój?
Tak naprawdę swego rodzaju budowanie napięcia zdążyłem już nieco przećwiczyć w moich wcześniejszym książkach, gdzie przy kilku okazjach otarłem się wręcz o swego rodzaju thriller. W tym przypadku zmieniły się naturalnie okoliczności i scenografia wydarzeń. Fakt, że tożsamości tego, który wymierza karę, czytelnik może domyślić się wcześniej niż pani komisarz, był celowym zabiegiem. Chciałem postawić czytelnika w pozycji tego, który wie więcej i podąża za policjantką, nie mając pojęcia jak jej droga do prawdy będzie wyglądać, będąc za nią, obserwując jej poczynania, a jednocześnie krok przed nią domyślając się kogo szuka. Myślę, że w tym może tkwić tajemnica utrzymania ciekawości widza tej historii.
Kiedy w Pana prozie pojawiła się ciemność, która doprowadziła do „Rubikonu”? Strata, żałoba i rany, których nie da się zaszyć, były obecne w Pana książkach od dawna. Tyle że wtedy prowadziły bohaterów ku drugiej szansie. Tutaj prowadzą nad krawędź. Czy pamięta Pan moment, w którym zrozumiał, że ta sama miłość może być motywem zbrodni, a nie tylko ratunkiem?
Myślę, że ciemność w mojej prozie zawsze była. W końcu jest ona jednak częścią życia, podobnie jak światło. Oczywiście inne były okoliczności czy powody jej pojawienia się w życiu moich bohaterów, tak też było zresztą z metodami przy pomocy których starali się oni z niej wyjść, zrzucić traumę, dać sobie szansę na lepsze życie. Czasami jednak tak się nie da, strata jest zbyt wielka a ból większy niż to można sobie wyobrazić. Dochodzi do tego jeszcze jeden element, a mianowicie, kto za tym wszystkim stoi, jak to się stało, kto jest odpowiedzialny, a co jeśli za wszystkim kryje się zbrodnia. Co wtedy możemy zrobić aby wyjść z tej ciemności, czy w ogóle jest to możliwe. Może zostaje nam jedynie właśnie ta krawędź. Myślę, że mój proces zaprowadzenia bohaterów na granicę, nad Rubikon, był stopniowy i trwał od dawna. A teraz chciałem pójść dalej i zgłębić psychikę moich bohaterów na poziomie, na którym jeszcze tego nie robiłem.
Dlaczego tak łatwo kibicujemy komuś, kto wymierza karę poza prawem? „Rubikon” pyta, czy zło można pokonać złem. Wielu czytelników stanie w kontrze do bohaterów, a jednak część z nas po cichu przyzna im rację. Gdzie, Pana zdaniem, kończy się sprawiedliwość, a zaczyna zemsta? I czy literatura powinna tę granicę wyznaczać, czy raczej ją zacierać, żeby czytelnik musiał wyznaczyć ją sam?
Realia w jakich żyjemy są jakie są. Nie trzeba daleko szukać aby przekonać się jak często trudno o sprawiedliwość czy udowodnienie winy nawet jeśli wszystko wskazuje na oskarżonego. Jak trudne i frustrujące musi być to nie tylko dla ofiar i ich rodzin ale również dla choćby Policji, kiedy czasami ich trud potrafi być daremny. Tego typu opowieści stanowią swego rodzaju katharsis tak dla twórców jak i czytelników. I nawet kiedy granica między sprawiedliwością a zemstą może ulec nieco zatarciu, to czytelnicy mogą zdecydować czy stają w kontrze czy pozwalają sobie na kibicowanie bohaterom. I to jest chyba najważniejsze aby właśnie oni sami poznając całą historię i motywacje bohaterów zdecydowali gdzie tę granicę postawić.
Co mówi o nas to, że czułość wobec skrzywdzonego zwierzęcia przychodzi nam łatwiej niż przebaczenie człowiekowi? Łukasz stworzył miejsce dla skrzywdzonych psów, a jednocześnie żyje w świecie, w którym ludzka krzywda pozostaje bez odpowiedzi. Wiem, że sam jest Pan wielkim przyjacielem zwierząt. Czy ten wątek był dla Pana przeciwwagą dla okrucieństwa? A może najcichszym oskarżeniem w całej książce?
Zwierzęta są niewinne. Nie oszukują, nie krzywdzą dla czystej przyjemności zadawania bólu. A jeśli mówimy o zwierzętach domowych, takich jak psy, to one są do tego całkowicie zależne od nas ludzi. I one nam ufają, one nam wierzą i to co mają do zaoferowania, to miłość i lojalność. A my ludzie przy całej naszej „mądrości” i „wyższości” bez problemu je krzywdzimy. A czy właśnie nie powinniśmy ich chronić, tych bądź co bądź słabszych istot? Istot, które same tego nie są w stanie zrobić. Może właśnie w tym tkwi klucz do czułości wobec w tym przypadku psów, one sobie na swój los nie zasłużyły, są niewinne, w przeciwieństwie do ludzi, którzy w pełni świadomie popełnili określone zbrodnie, niosąc krzywdę i śmierć. Bardzo często w literaturze czy w filmie używa się określeń typu „nie zachowujcie się tak, nie jesteście zwierzętami” i to jest o tyle ciekawe, że prawie zawsze dotyczy to zachowań całkowicie obcych zwierzętom, a wynikających z nienawiści, złości, zazdrości czy zawiści. Moim zdaniem człowiek jako istota na najwyższym poziomie rozwoju, przynajmniej z założenia myśląca, powinien mieć zakodowane chronienie i troskę o słabszych niezależnie czy to są ludzie czy właśnie zwierzęta, a niestety w obu przypadkach bardzo często zawodzi.

Tomasz Kieres – polski pisarz, przez lata kojarzony z prozą obyczajową o miłości, stracie i drugiej szansie. Debiutował w 2017 roku powieścią „Tu i teraz”. Potem przyszły kolejne książki, między innymi „Zawsze będę przy tobie”, „Nie pozwól mu odejść”, „Historia małżeńska”, „Za horyzont”, „Jakby jutra nie było”, „Nic nie mów” i „Przerwana lekcja angielskiego”. Jego opowiadania ukazały się także w antologiach „Mazurskie lato” i „Zakochany Święty Mikołaj”.
Czytelnicy cenią go za pogłębioną psychologię postaci. Sam mówi, że w jego książkach na początku zawsze są bohaterowie, a dopiero potem miejsce i historia.
„Rubikon” (Wydawnictwo Flow, 2026) to jego pierwsza powieść kryminalna. Kieres wprowadza w niej komisarz Biankę Kołodziejczyk i pyta o granicę między sprawiedliwością a zemstą.
Prywatnie mąż i ojciec trzech córek. Audiofil, dla którego hale koncertowe są drugim domem. Miłośnik kina i wielki przyjaciel zwierząt. O sobie mówi, że jest idealistą i niepoprawnym romantykiem.
